Nowy burmistrz Nowego Jorku, Zohran Mamdani, w inauguracyjnym przemówieniu zapowiedział, że zastąpi „chłód surowego indywidualizmu ciepłem kolektywizmu.” Dla wielu brzmiało to jak fragment mowy Maksyma Gorkiego z lat 30., a nie demokratycznego polityka z 2026 roku. Użycie słowa „kolektywizm” – najbardziej toksycznego terminu XX wieku – bije rekord politycznego analfabetyzmu.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy ktoś obiecuje ciepło kolektywizmu, zwykle kończy się w piecu historii.
Kolektywizm, czyli wspólnota przez przymus
Przez ostatnie 150 lat słowo „kolektywizm” oznaczało systemy, w których człowiek znikał w tłumie. Od bolszewików po nazistów i Czerwonych Khmerów – idea wspólnego dobra zawsze kończyła się wspólnym grobem. Od 1917 do 1977 roku, szacunkowo, ideologie kolektywistyczne pochłonęły życie ćwierć miliarda ludzi.
Mamdani, używając tego słowa, próbował je odczarować, ale w rzeczywistości przywołał duchy totalitaryzmu. Jego wypowiedź uwydatniła jednak coś więcej niż polityczną ignorancję – fałszywą opozycję między indywidualizmem, a wspólnotą.
Prawdziwy podział nie przebiega bowiem między egoistą, a altruistą, lecz między społeczeństwem dobrowolnych więzi, a społeczeństwem przymusu.
Mamdani potępił „surowego indywidualistę,” ale taki typ w rzeczywistości nie istnieje. Nawet klasyczna myśl zachodnia – od Arystotelesa po Tocqueville’a – uznaje, że człowiek z natury jest istotą społeczną. Nikt nie żyje w próżni, a społeczeństwa nigdy nie były zbudowane wyłącznie na niezależnych jednostkach.
Problem pojawia się, gdy rozpad więzi społecznych doprowadza do samotności i alienacji. To wtedy – jak pisała Hannah Arendt – pojawia się człowiek masowy, podatny na urok totalitaryzmu. „Totalitaryzm rodzi się z samotności” – zauważyła filozofka. Przerażająco trafne słowa w epoce, gdy liberalny indywidualizm doprowadził wielu do izolacji, a pustkę po utraconej wspólnocie zapełniają ideologie.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy jednostki rozpadają się na atomy, ktoś zawsze przychodzi z obietnicą nowej molekuły – byle posłusznej.
Po II wojnie światowej całe odrodzenie intelektualne ruchu konserwatywnego – Richard Weaver, Russell Kirk, Whittaker Chambers, Robert Nisbet – było wołaniem o powrót do naturalnych wspólnot pośrednich między jednostką a państwem. Weaver pisał prosto: „To jest kolejna książka o rozkładzie Zachodu.” Nisbet z kolei ostrzegał, że zanikanie rodziny, Kościoła i stowarzyszeń nie wyzwala człowieka – prowadzi go wprost w objęcia państwa totalnego.
Samotność jako przedsionek tyranii
Nisbet opisał cykl, który powtarza się od wieków: rozpad więzi prowadzi do izolacji, izolacja do strachu, a strach do ucieczki pod skrzydła silnej władzy. Ludzie nie mogą funkcjonować w próżni – jeśli tracą rodzinę i tradycję, szukają ich substytutu. W XX wieku był nim naród, partia, ideologia.
Dzisiejszy Zachód powtarza ten błąd: rozbijając wspólnoty na rzecz indywidualnej ekspresji, tworzy grunt pod nowy kolektywizm. Kiedy wszystko staje się prywatnym wyborem, znika odpowiedzialność. Każdy pozostaje sam – i wtedy najłatwiej rządzić.
CYNICZNYM OKIEM: W liberalnym świecie nikt nie mówi ludziom, co mają robić – aż do momentu, gdy ktoś mówi im, że to dla ich dobra.
Konserwatyzm – w swojej amerykańskiej i europejskiej wersji – nigdy nie gloryfikował samotnej jednostki. Wręcz przeciwnie: stawiał na dobrowolną wspólnotę, zakorzenioną w obowiązku i tradycji. Taka wspólnota nie potrzebuje partyjnego planu pięcioletniego, by działać; wystarczy jej poczucie sensu.
„Społeczność” to przestrzeń miłości i lojalności, nie rewolucyjny kolektyw. To różnica, która oddziela sąsiadkę pomagającą w potrzebie od komisji centralnej ustalającej, komu dziś pomagać wolno.
Nie indywidualizm jest więc przekleństwem Zachodu, ale jego degeneracja w egoizm. Nie kolektywizm jest lekiem, lecz powrót do wspólnot, które uczą odpowiedzialności, a nie wymuszają posłuszeństwa.
Gdy burmistrz Nowego Jorku obiecuje „ciepło kolektywizmu,” nie rozumie, że chce ogrzać społeczeństwo ogniem, który w przeszłości spalił cały kontynent. Człowiek nie potrzebuje kolektywu, żeby przestać być samotny – potrzebuje sąsiada, rodziny, przyjaciół i Boga.
CYNICZNYM OKIEM: Kolektywizm to pomysł, by braterstwo zbudować dekretem. Wyszło jak zwykle – z braterstwa został tylko dekret.
Pomiędzy atomem jednostki, a strukturą państwa istnieje świat wspólnot, które tworzą cywilizację. Nie trzeba palić miasta, by ogrzać ludzi. Wystarczy zbudować dom.


