Dla chrześcijan w Gazie tegoroczne Boże Narodzenie nie niesie radości, lecz ciszę, modlitwę i pustkę po tych, których już nie ma. Jak co roku od początku wojny, nie zapłonie choinka w centrum miasta, nie zabrzmią kolędy na ulicach, a mroczne echo bombardowań zagłusza wszystko to, co dawniej łączyło wspólnotę ponad podziałami. „Świętujemy narodziny Chrystusa tylko wewnątrz kościołów. Nasza radość jest niepełna” – mówi Youssef Tarazi, 31-letni Palestyńczyk i członek tamtejszej małej społeczności chrześcijańskiej.
Jeszcze kilka lat temu muzułmanie i chrześcijanie wspólnie zapalali choinkę w Gazie, symbolem współistnienia w mieście, które zna więcej tragedii niż cudów. Dziś ulice, którymi kiedyś płynęły światła, są zburzone lub puste. „Nie możemy świętować, gdy wciąż opłakujemy zabitych – zarówno chrześcijan, jak i muzułmanów” – przyznaje George Anton, dyrektor operacyjny łacińskiego patriarchatu w Gazie.
Palestyńscy prawosławni chrześcijanie będą obchodzić Boże Narodzenie 7 stycznia zgodnie z kalendarzem przedgregoriańskim, podczas gdy katolicy świętują je 25 grudnia.
CYNICZNYM OKIEM: W Betlejem urodziło się dziecko, by przynieść pokój. W Gazie ten sam pokój kończy się na granicy cienia.
Z ruin świątyń i domów. Boże Narodzenie po końcu świata
Trzy z najstarszych kościołów w Gazie – św. Porfiriusza, Świętej Rodziny i Baptystyczny kościół w Gazie – zostały poważnie uszkodzone lub częściowo zniszczone podczas izraelskich operacji wojskowych. W bombardowaniach zginęli ludzie, którzy w nich szukali schronienia. Kościół św. Porfiriusza, zbudowany na miejscu modlitwy z V wieku, stracił część murów, które przez półtora tysiąca lat wytrzymywały czas – ale nie przetrwały współczesności.
Według danych wspólnoty, zginęło co najmniej 53 chrześcijan, wielu z nich w nalotach, inni z powodu braku dostępu do leków i szpitali. Seniorzy z chorobami przewlekłymi umierają w ciszy, bez pogrzebu, bo nawet śmierć w Gazie wymaga pozwolenia i ryzyka.
Przed wojną w Gazie żyło kilka tysięcy chrześcijan. Dziś pozostało około 580 osób w 220 rodzinach. Kolejne 400 uciekło, głównie do Egiptu i na Zachodni Brzeg, szukając bezpieczeństwa i szansy na leczenie. Ci, którzy zostali, trzymają się razem z uporem – „Ci, którzy zostali, są zdeterminowani, by tu trwać” – mówi Anton.
70 procent z nich to wierni Kościoła greckoprawosławnego, reszta to katolicy. Wszyscy jednak mówią jednym językiem cierpienia. „To, co dzieje się w Gazie, dotyka nas wszystkich – chrześcijan i muzułmanów. Jesteśmy częścią tego samego społeczeństwa” – dodaje Anton.
CYNICZNYM OKIEM: W miejscu narodzin Mesjasza, który przyniósł pokój, dziś samotne modlitwy brzmią jak krzyk wśród gruzów. W kraju, gdzie każdy kamień pamięta świątynię, trudno znaleźć choć jedną, która pozostała cała.
Dla chrześcijan w Gazie Boże Narodzenie nie jest świętem, lecz przetrwaniem. Nie ma prezentów, nie ma światła, nie ma ulic, które mogłyby się świecić. Są tylko modlitwy – szeptane w ciemnych kaplicach, które ledwo stoją.
„Wcześniej dekorowaliśmy domy i ulice” – wspomina Anton. „Teraz wiele domów nie istnieje. Nawet ulice już nie istnieją. Nie ma nic do świętowania.”
W świecie, w którym choinki błyszczą od luksusu, a centra handlowe grają kolędy bez słów, Boże Narodzenie w Gazie przypomina o swoim pierwotnym znaczeniu – o nadziei, która rodzi się w miejscu bólu. I o paradoksie, że tam, gdzie Chrystus miał narodzić się w sercach ludzi, wciąż rodzi się tylko cisza po wybuchach.


