Sobota, zwykle spokojny dzień dla rynku kryptowalut, przyniosła chaos, jakiego inwestorzy nie widzieli od czasów 2024 roku. Bitcoin runął do poziomu 74 tysięcy dolarów, tracąc w ciągu 2 tygodni niemal jedną czwartą wartości i dotarł w rejon tzw. „dołka wyzwolenia” z kwietnia 2025 r. To najniższy kurs od objęcia prezydentury przez Donalda Trumpa, a rynek kryptowalut w ciągu 24 godzin skurczył się o 110 miliardów dolarów.

Zapaść napędziły algorytmy handlowe, które od samego rana zaczęły masowo sprzedawać Bitcoina po wczorajszym „Warsh rout” – gwałtownej korekcie wywołanej nominacją Kevina Warsha, znanego jastrzębia monetarnego, na szefa Rezerwy Federalnej. Gdy tylko kurs Bitcoina spadł poniżej 84 tysięcy, fala likwidacji lewarowanych pozycji ruszyła jak lawina, w ciągu kilku godzin kasując 1,5 miliarda dolarów głównie z długich pozycji.

CYNICZNYM OKIEM: Rynek krypto ma pamięć złotej rybki i odruch stada antylop – dopóki lew się nie pojawi, wszyscy stoją; gdy się pojawi, wszyscy biegną w tym samym kierunku.
Kiedy dźwignia staje się detonatorem
W ciągu sobotniego południa amerykańskiego czasu wolumen sprzedaży osiągnął poziomy typowe dla panicznych sesji na Wall Street. Bitcoin nie był sam – spadki dotknęły także Ether i inne największe kryptowaluty. Na platformach handlowych CoinGlass i Binance algorytmy zlikwidowały setki tysięcy pozycji detalicznych, których rynek nie był w stanie wchłonąć.
Co gorsza, techniczną barierą paniki stał się poziom 76 tysięcy dolarów, czyli średni kurs, po jakim Michael Saylor i jego spółka MicroStrategy skupowali Bitcoiny. W miarę jak cena spadała poniżej tego progu, giełdy i inwestorzy zaczęli spekulować, czy Saylor – symbol kryptowalutowego optymizmu – zostanie zmuszony do sprzedaży części swojego portfela.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy kurs Bitcoina spada, rynek natychmiast pyta: „co zrobi Saylor?” – trochę jak gdyby papież miał decydować o cenie grzechu.
Nowy porządek po cyfrowej euforii
Co ciekawe, Bitcoin tym razem nie reaguje już na klasyczne czynniki makroekonomiczne. Nie pomogło osłabienie dolara, nie pomogły rekordy złota – nawet rosnąca płynność globalnych banków centralnych nie dała rynkowi impulsu. To odwrotność trendu, który przez lata cementował tezę, że Bitcoin jest „barometrem globalnej płynności”.
Dziś to raczej termometr strachu. Perspektywa podwyżek stóp procentowych przez Warsha wystarczyła, by inwestorzy potraktowali kryptowaluty jak najdroższy hazard świata.
Rynek znów pokazał swoją naturę: buduje się miesiącami, wali w jeden weekend. W świecie, gdzie algorytmy śpią krócej niż inwestorzy, każda sobota może być czarnym piątkiem z opóźnieniem o dobę.


