W erze, w której fakty mają mniejsze znaczenie niż emocje, a biologia musi ustąpić przed polityczną poprawnością, nawet geny stają się „uprzedzeniami”. Najnowszy dowód? Wideo, które właśnie podbija sieć — wywiad Paoli Ramos, dziennikarki lewicowego UniVisionu, z parą amerykańskich pronatalistów, Simone i Malcolmem Collinsem.
Rozmowa miała być demaskatorska. Ramos chciała pokazać, że Collinsowie – znani z konserwatywnych poglądów i planów posiadania dwunastki dzieci – są niebezpiecznymi „eugenikami z Doliny Krzemowej”. Ostatecznie jednak to ona została obnażona – przez własne niezrozumienie podstaw genetyki, a może przez strach przed biologią, która nie ulega korekcie semantycznej.
Gdy dziennikarka zaprzecza melaninie
Ramos, z powagą godną komisji etycznej Twittera, oskarżyła Collinsów o „rasistowskie poglądy”, bo – o zgrozo – powiedzieli, że kobiety różnych ras mają różne okna płodności. Malcolm Collins, spokojny do momentu, gdy rozum ustąpił ideologii, odpowiedział:
„Tak, istnieją różnice biologiczne między czarnoskórymi, a białymi kobietami – choćby w przebiegu ciąży i podatności na komplikacje.”
Na co Ramos wypaliła:
„Nie ma żadnych naukowych dowodów na to, że biała i czarna kobieta różnią się genetycznie.”
I wtedy padło zdanie, które przeszło do historii internetowych facepalmów:
„Co ty w ogóle mówisz? Przecież istnieją geny kodujące kolor skóry!” — odpowiedział Malcolm.
Gdzieś w tle słychać było, jak biologowie z całego świata jednocześnie przewrócili oczami.
CYNICZNYM OKIEM: Nowa lewica tak bardzo walczy z rasizmem, że aż… przestała wierzyć w istnienie ras. Kolejny krok – uznać, że nie ma płci, tylko „tożsamościową temperaturę ciała”.
Kiedy nauka przeszkadza w narracji
Ramos, by ratować twarz, powołała się na rządowe źródła – oczywiście bez świadomości, że instytucje, które przywołała, faktycznie potwierdzają istnienie różnic genetycznych między populacjami.
Zarówno National Institutes of Health (NIH), jak i American Medical Association (AMA) mają na swoich stronach badania uznające takie różnice – choć politycznie złagodzone stwierdzeniem, że „rasa to kategoria społeczna, odrębna od pojęć biologii i pochodzenia genetycznego.”
Innymi słowy: „różnice istnieją, ale mówienie o nich jest niegrzeczne.”
Z kolei badanie opublikowane w czasopiśmie Nature w 2021 roku wykazało, że Afroamerykanie i Europejczycy mają odmienne profile ekspresji genów – co wpływa m.in. na przebieg COVID-19, funkcjonowanie płuc i ryzyko infekcji.
Ale dla Ramos – i całej rzeszy medialnych moralistów – to zbędne szczegóły.
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli dane naukowe przeczą polityce redakcyjnej, wystarczy je uznać za „stygmatyzujące”. Problem rozwiązany, biologia ocenzurowana.
Pronatalizm kontra pustka ideologii
Simone i Malcolm Collinsowie – para dawnych inwestorów z Doliny Krzemowej – dziś głoszą idee pronatalistyczne: zachęcają do posiadania większej liczby dzieci, inwestowania w rodzinę, a nawet wykorzystywania nowoczesnej genetyki do eliminacji chorób dziedzicznych.
Dla ich krytyków brzmi to jak zapowiedź nowego eugenizmu. Dla nich samych – jak desperacka próba ratowania cywilizacji, która przestaje się rozmnażać.
Ich cele są proste: mieć dwanaścioro dzieci, promować świadome rodzicielstwo i wspierać selekcję embrionów w kierunku zdrowia, nie „doskonałości.” Ale świat, w którym każdy akt formułowania intencji moralnych jest politycznym grzechem, nie rozróżnia między troską o geny, a faszyzmem.
W narracji Ramos – Collinsowie to element „skrajnie prawicowego ruchu”, który „łączy elonowych technologów z religijnymi ekstremistami i wyznawcami teorii Wielkiej Wymiany.”
Brzmi strasznie. A wystarczy dodać, że większość z tych ludzi… chce po prostu więcej dzieci.
CYNICZNYM OKIEM: Kiedy lewica nazywa rodzicielstwo „ekstremizmem”, a rozmnażanie „zagrożeniem dla klimatu”, można już mówić o cywilizacji, która boi się własnej przyszłości.
Wojna znaczeń i plemienna samocenzura
Współczesna debata publiczna przypomina mitologiczny teatr, w którym nauka ma służyć emocjom, a prawda musi przepraszać za swoje istnienie.
W tym świecie geny są „wyrazem dyskryminacji”, biologia to „społeczny konstrukt”, a jedyną niepodważalną kategorią stała się opinia.
Dlatego Ramos może mówić, że „czarni i biali nie różnią się genetycznie”, i nie ryzykować niczego – poza śmiesznością. Bo przecież ideologia chroni lepiej niż fakty. Jak zauważył jeden z komentatorów, „to nie spór o kolor skóry, tylko o kolor narracji.”
A Collinsowie? Stali się mimowolnym symbolem starego, naukowego świata – tego, który jeszcze wierzył, że prawdy nie da się legislacyjnie zdelegalizować.
CYNICZNYM OKIEM: Gdyby Darwin żył dziś, trafiłby na czarną listę Instagrama za „nienaukowy biologizm”, a Newton musiałby dodać do swoich zasad dopisek: „Grawitacja nie dotyczy tożsamości.”
Spór Ramos–Collins nie zmieni świata – ale jest symptomem choroby, która już nim rządzi.
To nie jest konflikt o geny, tylko o prawo do myślenia poza granicami emocjonalnego komfortu publiczności.
W tym sensie reakcja na Malcolma Collinsa pokazuje więcej o stanie współczesnego Zachodu niż setki artykułów o „dezinformacji naukowej”. Bo oto stoimy w epoce, w której mówienie prawdy staje się prowokacją, a biologiczny fakt – ideologicznym przestępstwem.


