Niemiecka stolica od lat buduje reputację miasta, które przedsiębiorców traktuje nie jak motor gospodarki, a jak wygodnego wroga publicznego. Ambitne jednostki dążące do budowania kariery poza systemem państwowych dotacji napotykają w Berlinie na atmosferę pogardy i otwartej wrogości. Berlińska polityka, niezależnie od barw partyjnych aktualnie rządzących, konsekwentnie promuje kulturę podziałów społecznych, a partie nie szczędzą wysiłków, by maskować wspólnie wywołane wypaczenia gospodarcze i społeczne za pomocą niekończącego się medialnego spektaklu.
Mechanizm jest prosty i sprawdzony. Bezrobocie rośnie – winni są przedsiębiorcy. Czynsze stają się nie do udźwignięcia – to oczywiście nie ma nic wspólnego z otwartymi granicami czy masową imigracją, a wyłącznie z chciwością wynajmujących. Brakuje miejsc na staże – i ponownie palec wskazuje na biznes. Nigdy nie bierze się pod uwagę, że to polityka ze swoim zielonym ideologicznym zapałem mogła doprowadzić do wykolejenia gospodarki już lata temu.
Ustawa, która zmieni reguły gry
Aby raz jeszcze podkreślić, że Berlin w żadnym wypadku nie zamierza brać odpowiedzialności za widoczny kryzys, berliński Senat przyjął stosowną ustawę. Firmy, które nie zapewnią wystarczającej liczby miejsc na staże, będą w przyszłości obciążane finansowo. Pod osobliwą nazwą „Ustawa o funduszu wspierania kształcenia zawodowego” (AusbFFG) berlińska biurokracja – ta sama, której wydanie nowego paszportu zajmuje pół roku – będzie decydować o tym, ile miejsc stażowych musi zaoferować każda firma.
Ustawa została przyjęta 26 marca i ma wejść w życie 1 stycznia 2028 roku. Do tego czasu czołowi ekonomiści i inżynierowie państwa socjalnego z Czerwonego Ratusza planują ukończyć szczegółowe obliczenia wymagane do ustalenia dokładnej kwoty stażowej. Miarą ma być suma wynagrodzeń brutto w danej firmie – bez rozróżnienia wobec sektorów, lokalizacji czy specyfiki poszczególnych przedsiębiorstw.
CYNICZNYM OKIEM: Biurokracja, która potrzebuje pół roku na wydanie paszportu, teraz będzie precyzyjnie obliczać, ilu stażystów potrzebuje twoja firma. Co mogłoby pójść nie tak?
W oczach typowych berlińskich socjalistów gospodarka jest jednokierunkowym monolitem napędzanym wyłącznie chciwością i chęcią zysku. Takie podejście pozwala na stosowanie jednej zasady wobec wszystkich, a złożoność realnego świata biznesu zostaje wygodnie pominięta.
Przedsiębiorca jako piorunochron
Strategia berlińskiej polityki jest cyniczne prosta – szukać konfliktu z przedsiębiorcami i inwestorami, bo niechęć w społeczeństwie zawsze zostawia gdzieś tlący się żar, który media mogą szybko rozdmuchać w większy pożar. Berlin doskonale wie, że kraj zmierza ku masowemu bezrobociu i że w przypadku pojawienia się krytyki lub niepokojów społecznych zawsze pod ręką musi znajdować się odpowiedni kozioł ofiarny.
Taktyka medialna jest już uruchomiona. Debaty o podatku od spadków, kryzysie mieszkaniowym i rynku staży służą jednemu celowi – zaszczepianiu w umysłach narracji o chciwym, zawodnym przedsiębiorcy. To klasyczne narzędzie socjalizmu – uraz i tania zazdrość wobec sukcesów innych, podniesione do rangi polityki państwowej.
CYNICZNYM OKIEM: Przedsiębiorcy w Berlinie są jak bankomaty z opinią publiczną – wyciągasz pieniądze, a potem obwiniasz maszynę, że jest chciwa.
Gdy takie zachowanie zostaje zinstytucjonalizowane w polityce, jest to wyraźny wskaźnik zaawansowanego upadku społecznego i gospodarczego. Berlin od dawna jest bankrutem, a zaniedbanie manifestujące się w większej części miasta stało się widocznym znakiem rozpoznawczym niereformowalnej natury niemieckich socjalistów.
Poza granicami Niemiec można studiować upadek społeczny kraju właśnie przez pryzmat jego stolicy. Berlin stał się ofiarą europejskiego postmodernistycznego pęknięcia kulturowego – widocznego wszędzie tam, gdzie polityka otwartych granic eroduje tradycyjny fundament kulturowy, a państwowa biurokracja kwitnie jako ostatnia linia obrony bezsilnego aparatu władzy.
Polityczny atak na przedsiębiorców jest prowadzony na każdym możliwym poziomie. Im trudniejsza sytuacja fiskalna, tym agresywniej uderza polityka. Ci, którzy nie przestrzegają przepisanych recept – czy to w kwestii szkoleń, czy emisji – są sankcjonowani. Suma wynagrodzeń brutto staje się miernikiem moralnym, a przedsiębiorca więźniem politycznego wzoru skrupulatnie opracowanego w jednej z niezliczonych partyjno-państwowych grup roboczych.
Tak zwana berlińska elita polityczna nie pretenduje już do roli społecznego silnika modernizacji. Gdyby była na tyle zuchwała, by prezentować się jako stabilizator merytokratycznych wartości takich jak wydajność i rzetelność, spotkałaby się jedynie z kąśliwą kpiną. Podstawową zasadą rządzenia pozostaje starożytna formuła – „divide et impera” – dziel i rządź, szukaj wrogów, których można wykorzystać politycznie i medialnie, aby odwrócić uwagę od własnych porażek.




Czy czegoś wam to nie przypomina z historii.W PRL też przedsiębiorców i ich rodziny się gnoiło
Siema!
No dokładnie historia zatacza koło. „Prywaciarz” – na pewno kradnie, oszukuje i wyzyskuje ludzi.