Konflikt z Iranem wkroczył w drugi tydzień, a jego konsekwencje docierają na europejskie stacje benzynowe z brutalną precyzją. W Niemczech ceny paliw skoczyły z około 1,65 euro za litr do ponad 2 euro – wzrost o około 25 procent w bardzo krótkim czasie. Ale w tej historii jest haczyk, który czyni ją znacznie bardziej gorzką niż sam kryzys na Bliskim Wschodzie. Państwo niemieckie, poprzez swoją politykę podatkową, odpowiada za około 65 procent ceny detalicznej benzyny. Opłaty CO2, podatki paliwowe, VAT – to nie Iran winduje rachunki niemieckich kierowców do rekordowych poziomów, lecz ich własny rząd, który przy okazji staje się cichym beneficjentem kryzysu.
Jednocześnie pojawiają się uzasadnione podejrzenia, że koncerny naftowe realizują nadzwyczajne zyski, sprzedając już zafakturowaną i rafinowaną ropę oraz istniejące zapasy benzyny po obecnej, znacznie wyższej cenie detalicznej. To efekt przejściowy, który rynek prawdopodobnie skoryguje, ale w połączeniu z fiskalnym apetytem państwa tworzy sytuację, w której niemiecki kierowca płaci podwójną marżę – jedną dla rynku, drugą dla budżetu.

CYNICZNYM OKIEM: Niemiecki rząd przez dekady budował system podatkowy, w którym dwie trzecie ceny benzyny trafia do kasy państwa, a teraz z troską pochyla się nad problemem drogich paliw.
Ameryka produkuje, Europa importuje, Korea kalkuluje
Porównanie międzynarodowe odsłania skalę niemieckiego problemu strukturalnego z bezlitosną jasnością. Po drugiej stronie Atlantyku ceny paliw wzrosły zaledwie o pięć do dziesięciu procent. Stany Zjednoczone od 2018 roku są największym producentem ropy na świecie z dziennym wydobyciem na poziomie 18 milionów baryłek i jednocześnie eksporterem surowca.
Ta dominująca pozycja sprawia, że są relatywnie izolowane od wielkich szoków cenowych, zachowując przy tym znaczący wpływ na rynek. Dla prezydenta Trumpa kontrola cen paliw to konieczność polityczna – do kluczowych wyborów środka kadencji zostało osiem miesięcy i utrzymanie inflacji pod kontrolą jest warunkiem przetrwania politycznego.
Jeszcze bardziej pouczający jest przypadek Korei Południowej. Kraj wysoce zależny od importu energii – podobnie jak Europa – ale dysponujący znacznymi zdolnościami rafineryjnymi i sprytniejszym podejściem do zarządzania ryzykiem. Firmy takie jak SK Energy, GS Caltex czy S-Oil opierają się na długoterminowych kontraktach dostaw i stałych cenach, posiadając jednocześnie znaczne zapasy ropy gotowe do uruchomienia w przypadku zakłóceń.
Efekt jest wymowny – ceny benzyny w Korei wzrosły o około 13 procent, z 1,11 euro do 1,25 euro za litr. Wyraźnie mniej niż w Niemczech, mimo porównywalnej zależności od importu. Kluczowa różnica to obciążenie podatkowe – w Korei podatki i opłaty stanowią jedynie około 40 procent ceny detalicznej, co daje jej strukturalną przewagę nad Niemcami z ich 65-procentowym udziałem fiskusa w każdym litrze.
Szok naftowy może potrzebować do trzech tygodni, aby w pełni dotrzeć na koreańskie stacje, ponieważ rafinerie i praktyki magazynowania pełnią rolę dodatkowej strategicznej rezerwy zintegrowanej bezpośrednio z procesem przetwarzania. Politycznie Seul powstrzymał się na razie od tymczasowych obniżek podatku paliwowego – środka historycznie stosowanego w sytuacjach kryzysowych, ostatnio podczas pandemii. Sugeruje to, że koreańskie władze nie spodziewają się przedłużającego się konfliktu ani tym bardziej inwazji lądowej wojsk USA lub Izraela.
Paraliż berlińskiej polityki
W Niemczech reakcja rządu sprowadza się jak dotąd do powołania grupy zadaniowej ds. cen benzyny – manewru medialnego w sezonie wyborczym, politycznej chimery wyciągniętej odruchowo z rządowego przybornika. Poza tym nie zaplanowano niczego konkretnego. Obniżenie podatków paliwowych, które mogłoby realnie zmniejszyć presję na dystrybutorach i konsumentach, wydaje się mało prawdopodobne. Minister finansów Lars Klingbeil nie zamierza najwyraźniej rezygnować z dodatkowych dochodów generowanych przez tymczasowy skok cen energii.
Niemiecka polityka wpatruje się w konflikt irański jak sparaliżowany strachem królik w węża. Powoli staje się jasne, że prowadzona przez dekady, motywowana ideologicznie polityka energetyczna była niczym więcej niż dotowaną fantazją wartą biliony euro – fantazją, która teraz zamienia się w koszmar. Zamknięcie elektrowni jądrowych, rezygnacja z eksploatacji krajowych zasobów gazu, uzależnienie od importu przy jednoczesnym nakładaniu rekordowych obciążeń fiskalnych na paliwa – każda z tych decyzji wydawała się politycznie uzasadniona w czasach tanich surowców. W czasach kryzysu odsłaniają one swoją prawdziwą cenę.
CYNICZNYM OKIEM: Niemcy zamknęły elektrownie jądrowe, zablokowały własny gaz łupkowy, uzależniły się od importu i obłożyły paliwa najwyższymi podatkami w Europie. A teraz powołują grupę zadaniową. Gdyby grupy zadaniowe produkowały energię, Berlin byłby największą elektrownią kontynentu.
Jeśli kryzys się utrzyma, globalnemu rynkowi energii grozi fragmentacja. Masowe podwyżki cen zagrażają państwom zależnym od importu, podczas gdy kraje samowystarczalne energetycznie zachowują siłę cenową i są w dużej mierze chronione przed ekstremalnymi wzrostami. Strategiczne rezerwy ropy w większości krajów UE pokrywają około trzech miesięcy zapotrzebowania i nie zostały jeszcze naruszone – co daje pewien margines czasowy, ale nie rozwiązuje problemu strukturalnego.
Strukturalne wyjście z niebezpiecznej zależności energetycznej Europy wymagałoby geopolitycznego resetu – porozumienia pokojowego z Rosją, eksploatacji krajowych zasobów gazu oraz potencjalnie powrotu do energii jądrowej w Niemczech.
Tymczasem Polska, choć w innej sytuacji niż Niemcy pod względem miksu energetycznego, pozostaje krajem importującym ropę i narażonym na te same mechanizmy cenowe. Różnica między państwem, które w kryzysie potrafi ulżyć swoim obywatelom, a takim, które na kryzysie zarabia, może okazać się najważniejszym testem politycznym nadchodzących miesięcy.



