Bańka AI jeszcze nie pękła, a już wystawiono rachunek podatnikom

Rynek ma coraz mniej wiary, a coraz więcej rachunków za prąd

Jarosław Szeląg
5 min czytania

Kiedy sztuczna inteligencja zaczyna przypominać stare, dobre korporacyjne oszustwo, to znak, że czas wyjąć kalkulator. Na Wall Street i w Dolinie Krzemowej coraz głośniej słychać szmer kaca po technologicznej euforii. Hype wokół „rewolucji AI” zamienia się w znajomy scenariusz: prywatne zyski, publiczne straty i otwarte ręce miliarderów w oczekiwaniu na rządowy ratunek.

Korporacyjny kac po cyfrowym transie

Jeszcze trzy lata temu obiecywano, że sztuczna inteligencja odmieni każdą branżę – od finansów po fryzjerstwo. Dziś większość firm obserwuje coś innego: spadające wykorzystanie narzędzi AI i malejące budżety inwestycyjne. Według analizy CB Insights, liczba inwestycji VC w spółki AI spadła w trzecim kwartale roku o 22%, mimo że finansowanie utrzymuje się na astronomicznym poziomie 45 miliardów dolarów kwartalnie.

Profesor Carl-Benedikt Frey z Uniwersytetu Oksfordzkiego ostrzega, że jeśli szybko nie powstaną trwałe zastosowania rynkowe, bańka AI pęknie szybciej, niż zdoła się wymyślić kolejne „rewolucyjne” API.

Innymi słowy – rynek ma coraz mniej wiary, a coraz więcej rachunków za prąd.

CYNICZNYM OKIEM: AI rzeczywiście uczy się szybko – zwłaszcza jak drenować kieszenie inwestorów.

Moralny hazard, technologiczna tradycja

W obliczu spadającego entuzjazmu inwestorów pojawia się znajomy refren: „rząd powinien wejść z pomocą.” Szef OpenAI, Sam Altman, nie czeka, aż historia się powtórzy – on ją przyspiesza. W wywiadzie stwierdził otwarcie, że skoro AI ma „ogromny wpływ gospodarczy”, to rząd federalny stanie się „ubezpieczycielem ostatniej instancji.”

Trudno nie odczytać tego inaczej niż żądanie ratunku z wyprzedzeniem.
To klasyczny amerykański scenariusz: prywatyzacja zysków, socjalizacja ryzyka.
Kiedy projekt się powiedzie, powstaną nowe fortuny; gdy upadnie, zapłaci podatnik.

OpenAI, pierwotnie założona jako organizacja non-profit „dla dobra ludzkości”, dziś funkcjonuje jak pełnoprawna korporacja komercyjna, a jej CEO – miliarder. Historia lubi takie zwroty: Google zrezygnował z hasła „Don’t be evil”, a Altman z koncepcji „dla dobra publicznego.” W obu przypadkach zło po prostu lepiej się sprzedaje.

Branża subsydiów, nie innowacji

Nie trzeba czekać na bailout, by zobaczyć, że AI już dawno przerodziła się w pasożyta na budżecie publicznym.
Gigantyczne centra danych, zasilane energią i wodą z dotowanych źródeł, pochłaniają zasoby, które mogłyby służyć ludziom, nie algorytmom.

Obiecywane miejsca pracy w „technologiach przyszłości” to często eufemizm dla zatrudnienia wykwalifikowanych cudzoziemców – tanich, lojalnych i bez prawa głosu.

A całość przykrywa marketingowy dym o równości dostępu i cyfrowym humanizmie.

CYNICZNYM OKIEM: OpenAI nie tworzy przyszłości – ono ją leasinguje społeczeństwu na kredyt z pieniędzy podatnika.

Warto przypomnieć, że Altman i jego współtwórcy startowali jako wizjonerzy chcący „uczynić AI dobrem wspólnym.” W praktyce stworzyli korporację z nieograniczonym apetytem na energię, dane i władzę – cyfrowego Enrona ery językowych modeli. Pod płaszczykiem etyki i bezpieczeństwa kryje się struktura projektowana do kontroli i monetyzacji wszystkiego, co można przeliczyć na token.

Jak się okazuje, nawet w dolinie cudów nie da się w nieskończoność pompować powietrza w balon spekulacji.

Project Stargate. AI jako socjal dla bogatych

Podwaliny przyszłego bailoutu położono już wcześniej. Drugi dzień kadencji Trumpa przyniósł głośne ogłoszenie: „Project Stargate – największy projekt infrastruktury AI w historii.” Pomysł miał stworzyć 100 000 miejsc pracy w tempie ekspresowym. Dziesięć miesięcy później nie powstało nic – poza kolejnym pretekstem, by wpompować pieniądze w branżę bez rozliczalności.

Trudno więc dziwić się cynikom, którzy pytają, czy cała ta gra z „hiperinteligencją” nie została zaplanowana właśnie po to, by najpierw stworzyć bańkę, a potem ratować ją z pieniędzy publicznych.

Powtarza się znany mechanizm: zyski są prywatne, porażki wspólne. Gdy sztuczna inteligencja okaże się mniej „przełomowa” niż reklamy Microsoftu i OpenAI, będzie to już problem podatnika, nie inwestora.

Lekcja z Doliny Krzemowej jest stara jak kapitalizm: nigdy nie niszczy się bańki, którą można przekształcić we wniosek o dotację.

A Altman, niczym bohater współczesnego Wall Street, doskonale rozumie, że przyszłości nie kupuje się za wizję – tylko za gwarantowane środki z budżetu.

CYNICZNYM OKIEM: Kiedy bańka AI w końcu pęknie, znajdzie się sposób, by nazwać ją „okazją inwestycyjną.” A uratowani oligarchowie znów będą bohaterami postępu, finansowanego – jak zwykle – cudzym kosztem.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

TAGI:
KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *