Jeśli istnieje jedno powszechne błędne przekonanie na temat wojny w Iranie, to jest nim pogląd, że zamknięcie Cieśniny Ormuz najbardziej uderzy w Stany Zjednoczone. Zaledwie 7% amerykańskiego importu ropy przepływa przez tę cieśninę. Prawdziwą ofiarą blokady jest Australia – kraj, któremu według ekspertów pozostał miesiąc do kryzysu energetycznego i wprowadzenia racjonowania paliw. Nie dlatego, że brakuje ropy na świecie, lecz dlatego, że cała australijska infrastruktura energetyczna zbudowana jest na modelu importu „na czas”, bez wiarygodnych długoterminowych zapasów.
Bezpośredni import ropy nie jest największym problemem Australii – około 15% jej ropy pokonuje Ormuz. Kluczowe jest to, że kraj polega w dużej mierze na gotowych produktach rafinowanych eksportowanych z Azji, a kraje azjatyckie są zależne od Ormuz w 40% do 70% całkowitej ilości ropy potrzebnej do rafinacji. Ponad 50% rafinowanych produktów paliwowych w Australii opiera się na ropie przechodzącej przez Ormuz – co oznacza, że zdecydowana większość australijskiego oleju napędowego, benzyny, paliwa odrzutowego i nafty znajduje się na skraju załamania dostaw.

30 dni zapasów i dwie starzejące się rafinerie
Minister energii Chris Bowen próbuje uspokajać: „Firmy naftowe przekazują mi, że w pełni spodziewają się wszystkich dostaw przez cały marzec i długo w kwietniu, ale żyjemy w czasach międzynarodowej niepewności i dlatego prowadzimy obecnie takie planowanie…”.
Rzecznik NRMA Peter Khoury wezwał do zachowania spokoju: „Dopóki dostawy trwają, nie ma potrzeby wpadać w panikę, a dostawy są kontynuowane…”.
Fakty są jednak mniej uspokajające. Australia jest jedynym członkiem Międzynarodowej Agencji Energetycznej, który od 2012 roku nie spełnia wymogu posiadania rezerw równoważnych 90 dniom importu netto. Większość krajów MAE utrzymuje średnio ponad 140 dni zapasów. Australia wprowadziła „Minimalny Obowiązek Magazynowania” dopiero w 2023 roku – daje to gospodarce około 30 dni zapasów wszystkich produktów przed całkowitym załamaniem.
Dwie australijskie rafinerie starzeją się i dostarczają zaledwie 20% krajowego zapotrzebowania na produkty paliwowe. Import z Azji był tańszy – ale tylko w stabilnych warunkach geopolitycznych. Odmowa rozszerzenia własnej produkcji rafineryjnej zaczyna się teraz mścić z siłą, której nikt nie przewidział.
CYNICZNYM OKIEM: Budujesz całą gospodarkę na modelu „ktoś inny to dla nas wyprodukuje i dostarczy na czas”, a potem jedna zaminowana cieśnina odsłania, że „na czas” to pojęcie z czasów pokoju. Australia odkrywa, że tania globalizacja ma datę ważności.
Przyczyny australijskiej wrażliwości sięgają głębiej niż geopolityka. Rząd przekazał ponad 22 miliardy dolarów na zielone technologie, które nie są jeszcze zdolne do napędzania większości infrastruktury energetycznej kraju. Eksploracja nowych złóż ropy jest coraz trudniejsza, planów budowy nowych rafinerii brak, a energia jądrowa jest całkowicie zakazana od 1998 roku. Ograniczenia emisji dwutlenku węgla i nakazy klimatyczne dodatkowo krępują zdolność kraju do reagowania na kryzys.
Tankowce z Teksasu przez Pacyfik – rozpaczliwe rozwiązanie
Dane żeglugowe pokazują, że dostawy ropy ze Stanów Zjednoczonych płyną już przez Pacyfik. Tankowiec Unity Venture przybył na kotwicowisko w Brisbane po przebyciu 14 tysięcy kilometrów z ładunkiem ropy. Dwa dodatkowe tankowce czarterowane przez ExxonMobil mają przetransportować około 600 tysięcy baryłek rafinowanego paliwa – benzyny, oleju napędowego i paliwa lotniczego – z Teksasu do Australii.
Problem w tym, że USA nie są w stanie realistycznie zaspokoić pełnego zapotrzebowania Australii na rafinowane paliwo – około 850-900 tysięcy baryłek importu dziennie. W najlepszym scenariuszu Australia otrzyma część tych dostaw, co wymusi racjonowanie. Oznacza to ekstremalnie wysokie ceny paliw, spowolnienie przemysłowe i deflację w całej gospodarce. Oznacza to również spowolnienie transportu towarowego, panikę zakupową i możliwość pustych półek w sklepach.
Biorąc pod uwagę ograniczoną produkcję krajową, powrót do normalności bez obfitego importu zająłby lata.
CYNICZNYM OKIEM: Australia odrzuciła prośbę Trumpa o pomoc w zabezpieczeniu Cieśniny Ormuz – tej samej cieśniny, od której zależy połowa jej paliwa. Polityczne sygnalizowanie cnoty jest fascynujące, dopóki nie skończy się benzyna.
Premier Albanese stwierdził, że „to jest teraz inny świat” i zapowiedział środki ochronne. Ale fakty mówią same za siebie – kraj bez rezerw, bez rafinerii, bez energii jądrowej i z zakazem eksploracji złóż nie ma narzędzi do szybkiego dostosowania się do kryzysu. Jeśli Australijczycy będą mieli szczęście, wojna skończy się szybko. Ale stawianie bezpieczeństwa energetycznego 26 milionów ludzi na jednej karcie to hazard, którego stawka rośnie z każdym dniem zamkniętej cieśniny.


