Miasto, które jeszcze niedawno promowało się hasłem „tolerancji i otwartości,” stało się dziś epicentrum brutalnej walki politycznej. Setki agresywnych lewicowych aktywistów patrolują ulice Minneapolis, atakując funkcjonariuszy ICE, przeciwników politycznych i przypadkowych przechodniów. W internecie krążą nagrania z napaści, a władze federalne przygotowują się do możliwej interwencji wojskowej.
CYNICZNYM OKIEM: Demokracja w USA coraz częściej przypomina widowisko, w którym każdy ma prawo protestować – pod warunkiem, że protestuje w imię właściwej sprawy.
Miasto pod kontrolą ulicy
Z relacji zebranych przez lokalne media wynika, że w centrum Minneapolis aktywiści ustawiają własne blokady i punkty kontrolne. Kierowcy są zatrzymywani i zmuszani do deklaracji politycznych – między innymi do krzyczenia „Fuck ICE”, by udowodnić lojalność wobec tłumu.
Nie chodzi już o protest, lecz o otwarte przejęcie przestrzeni publicznej. Jeden z uczestników, były więzień z 6 stycznia i kandydat do Senatu Florydy Jake Lang, został brutalnie pobity i raniony nożem po wystąpieniu na wiecu pod ratuszem. Policja zniknęła z miejsca zdarzenia, a szpital poinformował o „poważnych obrażeniach czaszki i licznymi ranami ciętymi.”
Inny zwolennik ICE, próbujący opuścić teren protestów, został ścigany przez tłum do parkingu i uderzony metalowym kijem. Napastnicy polewali ranę gazem pieprzowym, krzycząc, że to „kara za obronę rasizmu.”
W kilku przypadkach doszło do paranoicznych pomyłek – uczestnicy demonstracji pobili nawet własnych ludzi, podejrzewając ich o „reakcyjne sympatie” tylko dlatego, że nosili kurtki w barwach flagi lub moro.
CYNICZNYM OKIEM: Rewolucja pożera własne dzieci – tym razem dosłownie, kijem i gazem pieprzowym.
Gdy rząd federalny traci cierpliwość
Administracja Donalda Trumpa ogłosiła, że 3 000 agentów ICE i Straży Granicznej już działa w stanie Minnesota. Ich zadaniem jest przeprowadzanie deportacji przestępców imigranckich, których lokalne władze – zdominowane przez Demokratów – od lat chronią w ramach polityki „sanctuary city.”
W obliczu eskalacji przemocy Pentagon postawił w stan gotowości 1 500 żołnierzy z 11. Dywizji Powietrznodesantowej z Alaski, specjalizujących się w działaniach w zimowych warunkach. Oficjalnie mają oni „pozostawać w rezerwie,” ale nieoficjalnie – to sygnał, że Biały Dom rozważa uruchomienie Ustawy o Powstaniu (Insurrection Act).
Jak stwierdził rzecznik Pentagonu Sean Parnell: „Departament Wojny zawsze jest gotów do wykonania rozkazów Naczelnego Dowódcy.”
Władze federalne coraz wyraźniej oskarżają sieć organizacji pozarządowych o wspieranie działań sabotażowych wobec służb imigracyjnych. Z raportów ABC News i „Washington Post” wynika, że w protestach uczestniczyły struktury powiązane z dużymi fundacjami finansowanymi przez amerykańskich miliarderów i zagraniczne fundusze.
Sam burmistrz Jacob Frey przyznał, że demonstracje wspierane są przez „zewnętrzne sieci organizacyjne,” ale winę za eskalację zrzucił na ICE: „Miasto będzie spokojne, gdy agenci opuszczą nasze ulice.” Innymi słowy, władze lokalne interpretują przemoc jako narzędzie nacisku na rząd federalny.
CYNICZNYM OKIEM: W nowoczesnej Ameryce nie trzeba już negocjować z rządem – wystarczy podpalić dzielnicę i poczekać, aż ktoś zaproponuje kompromis.
Czarna lista ignorancji. Trump grozi – establishment milczy
Do tej pory żaden z organizatorów lewicowych bojówek nie został zatrzymany, podobnie jak większość osób odpowiedzialnych za ataki na uczestników kontrmanifestacji. Policja tłumaczy to brakiem sił i środków – paradoksalnie w mieście, które jeszcze kilka lat temu zwiększało budżet na bezpieczeństwo.
W sieci pojawiają się nagrania z zamieszek z komentarzami pytającymi, gdzie są władze i dlaczego pozwalają na samozwańcze milicje polityczne. Coraz częściej mówi się o „zamrożeniu funkcjonowania państwa prawa w strefach protestu.”
Tymczasem Departament Sprawiedliwości wszczął śledztwo wobec gubernatora Tima Walza i burmistrza Freya, podejrzewanych o utrudnianie działań federalnych służb imigracyjnych.
Donald Trump w swoim oświadczeniu na Truth Social napisał wprost:
„Jeśli demokraci z Minnesoty nie powstrzymają agitatorów i buntowników atakujących patriotów z ICE, użyję Ustawy o Powstaniu. Tak jak poprzedni prezydenci, szybko zakończę tę farsę.”
Jego słowa podzieliły opinię publiczną, lecz nawet sceptycy przyznają, że Minneapolis zostało pozostawione samemu sobie. Władze lokalne nie kontrolują sytuacji, policja unika starć, a ulice są we władaniu samozwańczych ochroniarzy ideologii.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka znowu potrzebuje „sił pokojowych” – we własnych granicach.
Eskalacja przed wyborami
Starcie między rządem federalnym a władzami lokalnymi ma w oczywisty sposób wymiar polityczny. Liberalne miasta stały się bastionem oporu wobec polityki deportacyjnej, a każda interwencja ICE traktowana jest jako prowokacja. Minneapolis to tylko pierwsza scena szerzej zakrojonego konfliktu – „wojny kulturowej,” w której sądy, media i ulice połączyły się w jedną przestrzeń agitacji.
Analitycy ostrzegają, że jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, Pentagon będzie zmuszony wejść do akcji nie tylko w Minnesocie, lecz także w Chicago, Portland i Nowym Jorku, gdzie podobne grupy planują „solidarnościowe marsze.”
Trump deklaruje, że nie cofnie się przed użyciem siły: „Nie pozwolę, by demokratyczni politycy zamienili Amerykę w kraj, gdzie lewicowe bojówki dyktują prawo.”
To, co dzieje się w Minneapolis, jest testem, czy państwo amerykańskie potrafi jeszcze egzekwować swoje własne prawo. Gdy grupy ideologiczne mogą bezkarnie atakować przeciwników, zatrzymywać pojazdy, a władze lokalne w tym czasie wycofują policję, poziom cywilizacyjnej zapaści zaczyna przypominać eksperyment seattle’skiego „CHAZ.”
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli w Minneapolis rządzą ulice, a nie prawo, to może warto już oficjalnie przemianować miasto na „CHAZ 2.0” – tylko tym razem z logo fundacji NGO na bramie.


