Kiedy w Europie debatują, czy wzrost gospodarczy na poziomie 0,7% to już sukces, amerykańska gospodarka – przez lata uznawana za „przegrzaną” i „niesprawiedliwą” – rośnie szybciej niż cała rozwinięta reszta świata razem wzięta. Podczas gdy Paryż tonie w regulacjach, Berlin dławi się podatkami, a Ottawa rozdaje pieniądze z druku jak ulotki wyborcze, gospodarka Stanów Zjednoczonych wchodzi na dziewiąty bieg.
Wbrew głównemu nurtowi komentatorów zachodnich, którzy od dekad powtarzają, że Ameryka musi „upodobnić się do Europy,” rzeczywistość pokazuje coś odwrotnego: to Europa potrzebuje lekcji od Ameryki.
Gospodarka amerykańska: kaloryfer w zimnym domu Zachodu
Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego realny wzrost PKB USA w 2025 roku przekracza 2%, a w ujęciu rocznym sięga nawet 3,8%. Dla porównania: Niemcy – 0,2%, Francja – 0,7%, Kanada – 1,2%, Japonia – 1,1%.
Federalny Bank Rezerwy w Atlancie przewiduje niemal 4% wzrostu PKB w III kwartale, podczas gdy cały stary kontynent histeryzuje przy poziomie 1%.
Ale to nie tylko liczby. Chodzi o ich jakość.

Amerykański wzrost napędza konsument, innowacja i produktywność sektora prywatnego – a nie, jak w Europie, dotacje, transfery i deficytowe państwowe „miejsca pracy.”
W USA wydatki rządowe maleją, inwestycje rosną, a firmy prywatne wchłaniają migracyjną siłę roboczą szybciej, niż biurokraci zdążą ją uregulować.
Tymczasem po drugiej stronie Atlantyku…
Wielka Brytania, która wciąż nie potrafi się zdecydować, czy chce być Singapurem nad Tamizą czy prowincją Brukseli, odnotowuje inflację na poziomie 3,8%.
Japonia, po dekadach eksperymentów z ultraluźną polityką pieniężną, ma inflację najwyższą od roku i rosnącą do 2026.
Kanada – prawdopodobnie najbardziej przeregulowany eksperyment północnej półkuli – odpływa w recesję przy dwukrotnie wyższym bezrobociu niż USA.
Niemcy ze swoim modelem „socjalnego kapitalizmu” przeżywają gospodarczy kataklizm, który Berlin eufemistycznie nazywa „strukturalnym spowolnieniem.” Produkcja przemysłowa leży, automatyzacja utknęła, a energetyka odnawialna okazała się niewypłacalnym kaprysem.
Francja, jak zawsze, żyje w stanie permanentnej regulacyjnej rewolucji. Im więcej obietnic bezpieczeństwa socjalnego, tym mniej miejsc pracy i inwestycji. Statyzm europejski przypomina pacjenta na tlenie – system podtrzymuje życie, ale nigdy nie pozwoli wstać z łóżka.
Amerykański paradoks: mniej państwa, więcej gospodarki
W 2025 roku zatrudnienie w sektorze publicznym USA spadło o 97 000 miejsc pracy. A mimo to prywatne firmy stworzyły więcej wakatów, niż zniknęło w administracji. To logistyczny cud – rzadki przykład sytuacji, gdzie biurokratyczne cięcia nie tworzą chaosu, lecz otwierają pole dla prawdziwej przedsiębiorczości.
Co więcej – bezrobocie w USA pozostaje jednym z najniższych w świecie rozwiniętym, a realne płace rosną o 1,5% – dwa razy szybciej niż w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii. W Japonii wzrost płac jest wręcz ujemny.

To znaczy: Amerykanin zarabia nie tylko więcej, ale też stać go na więcej.
Inflacja okiełznana siłą rynku, nie paragrafu
Podczas gdy globalne media co kwartał ogłaszają „koniec amerykańskiego boomu,” dane pokazują coś innego.
We wrześniu inflacja w Stanach ustabilizowała się na poziomie 3%, a niezależne źródła, jak Truflation, wskazują już 2,25%. To mniej niż w połowie państw G7, które od lat próbują okiełznać inflację przy pomocy nowych podatków i ograniczeń.
Europa wymyśla coraz bardziej absurdalne mechanizmy kontroli cen i dopłat do życia – Ameryka po prostu pozwala rynkowi się dostosować. I zadziałało.

CYNICZNYM OKIEM: Gdyby spojrzeć na gospodarkę światową jak na ogród, Europa i Kanada to rośliny w doniczkach – podlewane przez państwo, kruszejące bez pomocy. Ameryka zaś przypomina drzewo, które przetrwało burze dzięki temu, że mogło rosnąć dziko.
Trumpowa deregulacja, obniżki podatków i odchudzenie sektora publicznego przypominają dziś herezję wobec europejskiego dogmatu – ale przynoszą efekty, które nawet ekonomiści z paryskiego OECD muszą przyznać z niechętnym podziwem.
Podczas gdy Kanada i Niemcy wydają miliardy na „zielone transformacje” z deficytu budżetowego, Ameryka zarabia na energii – dzięki reindustrializacji, wydobyciu i inwestycjom w technologie, które mają sens rynkowy, a nie polityczny.

Realny świat kontra akademicka utopia
Francuski sektor publiczny, niemiecka biurokracja, japońska deflacja – to triumwirat stagnacji. Każdy kolejny rząd, niezależnie od partii, buduje te same konstrukcje z innego rodzaju cementu: więcej urzędów, więcej ustaw, więcej długu. Nie ma tam już rynku – są tylko regulacje.
Z kolei Stany Zjednoczone, choć niepozbawione patologii, okazały się ostatnim naturalnym laboratorium wolnego rynku.
Amerykańskie przedsiębiorstwa, ciągnięte przez sektor technologiczny i silny popyt konsumencki, nie czekają aż kongres uchwali ulgi – po prostu działają.
Gdzieś między Berlinem, a Toronto wciąż wierzą, że wysokie podatki i regulacje „czyszczą rynek z nierówności.”
W praktyce czyszczą z inwestycji. Keynesizm w wersji zachodniej dawno przestał być teorią ekonomiczną – stał się społecznym rytuałem usprawiedliwiania stagnacji.
Amerykańska gospodarka 2025 roku jest antytezą tego myślenia. Tam, gdzie Europa widzi potrzebę programów wsparcia, USA widzą okazję do przedsiębiorczości. Tam, gdzie Kanada mówi o „zrównoważonym wzroście”, Stany Zjednoczone wolą mówić o „wzroście w ogóle.”

Ameryka znowu wyprzedza świat. Nowa moralność kapitalizmu
To nie przypadek, że MFW, OECD i Bank Światowy zgodnie prognozują, że USA utrzymają przewagę nad wszystkimi krajami G7 do końca dekady. Nawet jeśli tempo spadnie do 2%, pozostanie dwukrotnie wyższe od „średniej europejskiej stagnacji.”
Zaskakujące? Tylko dla tych, którzy wierzyli, że państwo potrafi zastąpić rynek.
Reszta świata właśnie obserwuje, jak amerykański pragmatyzm znów bije na głowę europejski romantyzm gospodarczy.
Ameryka wraca do swoich korzeni – pracy, ryzyka i nagrody.
Europa tonie w przekonaniu, że bezpieczeństwo jest ważniejsze od dynamiki.
Kanada i Wielka Brytania próbują lawirować, Japonia – ratować twarz.
A tymczasem w USA drobny przedsiębiorca w Denver zatrudnia kolejnych ludzi, programista w Dallas dostaje realną podwyżkę, a bezrobotni z 2020 roku stali się właścicielami firm.
CYNICZNYM OKIEM: Każda gospodarka ma wybór: rosnąć dzięki ludziom, albo podtrzymywać iluzję wzrostu dzięki rządowi. W 2025 roku widać to jak nigdy: duży rząd to mała gospodarka. Kto wierzył w keynesowską magię, został z długiem i deflacją. Kto wierzył w rynek – ma wzrost, płace i inwestycje.
Ameryka właśnie przypomniała światu starą prawdę:
wolność gospodarcza nie jest luksusem.
To jedyny silnik, który naprawdę działa.



