Donald Trump właśnie postawił pierwszą granicę światowego internetu – i nie przebiega ona w chmurze, lecz na lotnisku. Administracja USA wprowadziła zakaz wjazdu dla Thierry’ego Bretona i czterech innych europejskich urzędników oraz aktywistów, których oskarża o „organizowanie globalnych kampanii cenzury” wobec amerykańskich mediów społecznościowych.
To pierwszy raz, gdy Stany Zjednoczone oficjalnie potraktowały europejskie przepisy o „dezinformacji” jako zagrożenie dla amerykańskiego porządku konstytucyjnego.
Breton i jego „krucjata anty-X”
Na czarnej liście znaleźli się m.in. Thierry Breton, były komisarz UE ds. rynku wewnętrznego, znany z konfrontacji z Elonem Muskiem po tym, jak platforma X (dawniej Twitter) odmówiła usunięcia wywiadu z Donaldem Trumpem w 2024 roku.
Pozostali to:
- Imran Ahmed, założyciel Center for Countering Digital Hate,
- Joan Donovan z Critical Internet Studies Institute,
- Kate Starbird z Center for an Informed Public,
- oraz Jim Davey z Institute for Strategic Dialogue.
Wspólny mianownik? Każdy z nich różnymi metodami próbował wpływać na amerykańskie firmy technologiczne, aby karały algorytmicznie niepoprawne treści – od „dezinformacji klimatycznej” po „prawicowe skrajności.”
CYNICZNYM OKIEM: W erze cyfrowej najbardziej niebezpieczną bronią nie są wirusy komputerowe, tylko komisarze z folderem PowerPoint o „etyce informacji.”
Ameryka odpowiada po trumpowsku: wiza albo wolność
Sekretarz Stanu Marco Rubio ogłosił decyzję z należytą pompą:
„Zbyt długo ideolodzy z Europy narzucali amerykańskim platformom swoje poglądy. To koniec tolerowania cenzury z zagranicy.”
Podsekretarz Sarah B. Rogers doprecyzowała, że chodzi o sankcje wizowe – bez zamrożenia majątków, ale z jawnym ostrzeżeniem.
„Jeśli poświęcasz karierę tłumieniu wolnej wypowiedzi Amerykanów, nie jesteś mile widziany na terytorium USA.”
Nie Magnitsky Act, ale „Magnitsky lite” w wydaniu Trumpa. Tym razem mowa nie o łamaniu praw człowieka, lecz – jak to definiuje Waszyngton – prawa do memów bez nadzoru politycznego.
Od cyberwojny do wojny kulturowej
Decyzja ma oczywiście szerszy kontekst. Kilka miesięcy wcześniej Unia Europejska ukarała X gigantyczną grzywną w wysokości 140 milionów dolarów na mocy Digital Services Act, oskarżając platformę o nieusuwanie „szkodliwych” treści. Musk odpowiedział w swoim stylu:
„Komisarze UE są odpowiedzialni za zamordowanie wolności w Europie. Rozwiążcie Unię i zwróćcie władzę ludziom.”
Z perspektywy Brukseli to była „obrona odpowiedzialności cyfrowej.” Z perspektywy Waszyngtonu – atak na amerykańską wolność słowa i suwerenność firm z Doliny Krzemowej. Trump postanowił więc odwdzięczyć się Brukseli jej własną bronią: regulacjami.
CYNICZNYM OKIEM: To ironia geopolitycznego wieku – socjalistyczna Europa walczy z wolnością słowa, a nacjonalistyczna Ameryka staje w jej obronie.
Thierry Breton, ulubieniec francuskich technokratów, odpowiedział w tonie godnym Moliera:
„To polowanie na czarownice. Cenzura nie jest tam, gdzie myślicie.” Porównanie do epoki McCarthy’ego padło natychmiast – choć jeśli ktoś tropi ideologicznych wrogów, to od kilku lat raczej robi to w Brukseli, nie w Waszyngtonie.
Francja również potępiła decyzję Trumpa, nazywając ją „aktem politycznego odwetu.” Biały Dom odpowiedział chłodno: „Cenzorzy nie dostają wiz.”
USA broni swoich gigantów
W praktyce to nie Trump, lecz amerykańskie korporacje są prawdziwymi beneficjentami tej wojny. Microsoft, Meta i X to giganty, które traktują unijne regulacje jak smycz biurokratów. Teraz mają oficjalne wsparcie własnego rządu w walce z „globalistycznym kneblem.”
Zakaz wjazdu dla Bretona i jego ekipy to sygnał: „Nie dotykajcie naszych firm. Nie mówcie nam, jak mamy rozumieć wolność.”
To również ostrzeżenie dla innych sojuszników USA – od Kanady po Australię – że Ameryka pod Trumpem nie będzie przyklaskiwać w europejskiej grze w cenzurę, nawet w imię „walki z dezinformacją.”
Od lat UE próbuje eksportować swoją cyfrową moralność, od algorytmów „bezpiecznych treści” po absurdalne koncepcje, jak Chat Control, czyli prawo do przeszukiwania prywatnych wiadomości obywateli „dla ich dobra.”
Teraz Stany Zjednoczone mówią jasno: jeśli taka jest demokracja, to dziękujemy, wolimy anarchię. Trump otwarcie nazywa przywódców UE „ideologami, którzy z własnych błędów uczynili dogmat.”
CYNICZNYM OKIEM: Wychodzi na to, że przyszłość wolności słowa zależy od człowieka, który swego czasu chciał zbanować TikToka. Historia ma wyjątkowe poczucie humoru.
Zakaz dla Bretona i spółki to może drobiazg polityczny, ale symbolicznie – nowa żelazna kurtyna w cyfrowym świecie. Po jednej stronie – wolność z ryzykiem memów, po drugiej – bezpieczeństwo z obowiązkową autocenzurą.
Europa może zirytowana wzruszać ramionami, ale Trump wysłał jej komunikat w stylu, jaki lubi najbardziej: twardy, prosty i medialny. Nie ma już miejsca na transatlantycki flirt o wspólnych wartościach – został twardy rozwód o prawo do własnego zdania.
W tym nowym świecie memy są nowymi manifestami, algorytmy – sądami, a granice przebiegają między serwerami. Trump, z całą swoją brutalną bezpośredniością, zrozumiał jedno: jeśli pozwolisz innym decydować, co wolno mówić twoim obywatelom, oddajesz im władzę nad swoim krajem.
I choć jego styl nie przypomina klasycznego obrońcy wolności, historia może zapamiętać go jako człowieka, który jako pierwszy powiedział globalnej biurokracji: „koniec knebla.”


