„Własna architektura regulacyjna Europy odcięła Europie jej własne dostawy energii. A Ameryka… po drugiej stronie Atlantyku, z pełnym bakiem paliwa, patrzyła, jak to się dzieje” – te słowa Jeffa Childersa mogłyby posłużyć za epitafium dla całego dotychczasowego porządku geopolitycznego. Bo to, co rozgrywa się na Bliskim Wschodzie, nie jest kolejnym regionalnym konfliktem – to moment, w którym globalna architektura sojuszy, handlu energią i wpływów politycznych przesuwa się na naszych oczach. Stany Zjednoczone, dysponujące samowystarczalnością energetyczną i wolą polityczną, której ich sojusznicy nie potrafią zebrać, kształtują nową rzeczywistość, w której przepływy ropy, gazu i władzy biegną innymi torami niż jeszcze miesiąc temu.
Operacja „Epic Fury” w Iranie ma – zdaniem zwolenników obecnej polityki Waszyngtonu – zneutralizować reżim oddany terroryzowaniu regionu i uporządkować światowe przepływy energii na niekorzyść przeciwników Ameryki. Chiny już tracą swój głęboki rabat na importowaną irańską ropę, podobnie jak miesiąc temu straciły korzystne warunki importu z Wenezueli. Utrata kontroli nad Kanałem Panamskim dopełnia obrazu – wszystkie chińskie wpływy na zachodniej półkuli zostały zniwelowane w pierwszym roku kadencji Trump 2.0.

NATO jako papierowy tygrys i koniec starego porządku
Kryzys w cieśninie Ormuz obnażył to, co wielu komentatorów podejrzewało od lat – NATO w swojej obecnej formie nie jest w stanie odpowiedzieć na realne zagrożenia energetyczne. Sojusznicy albo odmówili wysłania statków, albo ociągali się z pomocą, co w oczach zwolenników nowej polityki amerykańskiej daje USA moralne i strategiczne prawo do odejścia od kosztów, jakie narzuca sojusz atlantycki.
Paradoks naszych czasów polega na tym, że – jak argumentują zwolennicy tego podejścia – ideologicznie Ameryka jest dziś bliższa poradzieckiej Rosji niż Francji, Niemcom czy Wielkiej Brytanii pod ich obecnymi rządami. Rosja wraz z Węgrami, Polską i Czechami miałaby być ostatnim bastionem obrony cywilizacji zachodniej.
„Europa najwyraźniej i tak wybrała powrót do średniowiecza. Lubią udawać, że mogą utrzymać wysoki standard życia bez ropy i gazu ziemnego – to formuła tak uparcie głupia, że tylko najstraszniejsze trudności mogą skłonić ich do zmiany polityki” – brzmi bezlitosna diagnoza.
CYNICZNYM OKIEM: Europa przez dekadę budowała politykę energetyczną na wierze, że wiatraki i panele słoneczne zastąpią ropę z Zatoki Perskiej. Teraz kupuje amerykański gaz po rekordowych cenach i nazywa to „strategiczną dywersyfikacją”.
Tymczasem USA w tym miesiącu błyskawicznie stworzyły alternatywę dla ubezpieczeń morskich Lloyd’s of London, co oznacza, że brytyjskie banki nie mogą już nakładać dwudziestoprocentowej premii kosztowej na ropę z Zatoki Perskiej. Odejście od wspieranego przez ONZ międzynarodowego systemu cen emisji dwutlenku węgla dla tankowców i kontenerowców dopełnia obrazu szybkiej i decydującej reorientacji ekonomii ropy.
Media, kłamstwa i pytanie, na które nikt nie odpowie
Pośród geopolitycznego trzęsienia ziemi nieustającą zagadką pozostaje rola mediów informacyjnych, które – zdaniem krytyków – zdają się kibicować amerykańskiej porażce w operacji irańskiej. Jak media głównego nurtu stały się służebnicą jednej opcji politycznej i jej przybudówek?
Jest mało prawdopodobne, aby szefowie stacji i redaktorzy byli zdeklarowanymi komunistami. Być może za dużo czytali Antonio Gramsciego na studiach. A może to stary, dobry konformizm – strach przed wyłamaniem się z plemiennych pewników. Problemem związanym z kłamstwem jest to, że trzeba kłamać dalej, aby chronić swoje poprzednie kłamstwa, a wzrost znaczenia mediów alternatywnych prowokuje do jeszcze intensywniejszego zaklinania rzeczywistości.
Partia Demokratyczna walczy teraz o zablokowanie reformy wyborczej w Senacie – ustawy SAVE Act. Krytycy pytają wprost: co zrobi New York Times, gdy materiały zajęte podczas nalotów FBI w Georgii i Arizonie pokażą skalę nieprawidłowości wyborczych?
CYNICZNYM OKIEM: Media głównego nurtu od lat informują, że wszystko jest w porządku. Tymczasem czytelników ubywa szybciej niż podatników w Nowym Jorku. Może to zbieg okoliczności, a może publiczność po prostu nauczyła się czytać między wierszami.
Cel amerykańskiej polityki wobec Iranu jest artykułowany bez dyplomatycznych eufemizmów: „USA będą dalej uderzać, dopóki Iran nie będzie w stanie wystrzelić nawet flary ratunkowej. Nie będą mieli broni jądrowej, marynarki wojennej ani sił powietrznych”. Wraz z końcem irańskich gróźb Ameryka zamierza zostawić pilnowanie Zatoki Perskiej narodom, które faktycznie zależą od tamtejszej ropy.
Irańczycy zasługują na szansę życia w słońcu po tym, co przeszli przez pół wieku – ale to od nich zależy, czy tak się stanie. Wcześniej czy później reżim Strażników Rewolucji się rozpadnie i ktoś inny będzie musiał przejąć stery. To jest – jak twierdzą zwolennicy tej polityki – prawdziwa polityka, a nie performatywne dyplomatyczne gadanie. Czy mają rację, pokaże czas. Historia jednak nauczyła nas jednego: mocarstwa, które wierzą w szybkie zwycięstwa na Bliskim Wschodzie, rzadko wychodzą z tych przekonań bez blizn.


