Kiedy Stany Zjednoczone wchodzą w kolejny konflikt zbrojny, debata publiczna natychmiast polaryzuje się wokół pytań o słuszność, strategię i geopolityczne konsekwencje. Kto ma rację, kto zawinił, jak to się skończy. Ale jest inne pytanie, które historia zadaje za każdym razem z uporczywą regularnością i na które Ameryka konsekwentnie udziela tej samej odpowiedzi – jakie wolności obywatele stracą tym razem?
Schemat jest tak wyraźny, że aż trudno uwierzyć w jego powtarzalność. Niemal każdej wielkiej wojnie, w którą zaangażowały się Stany Zjednoczone w ciągu ostatniego stulecia, towarzyszyła późniejsza erozja swobód obywatelskich wewnątrz kraju. Nie chodzi o teorię spiskową ani o skrajną interpretację faktów – chodzi o udokumentowaną sekwencję zdarzeń, którą można prześledzić dekada po dekadzie, konflikt po konflikcie.

CYNICZNYM OKIEM: Ameryka idzie na wojnę w imię wolności za granicą i wraca z pomysłami, jak ją ograniczyć w domu. Tradycja starsza niż baseball.
Od szpiegostwa do inwigilacji – sto lat tego samego wzorca
Podczas I wojny światowej Kongres uchwalił ustawę o szpiegostwie w 1917 roku, a rok później ustawę o buncie. Na mocy tych przepisów Amerykanie mogli trafić do więzienia za samą krytykę wojny lub zniechęcanie do zaciągu. Wypowiedzi, które normalnie podlegałyby ochronie Pierwszej Poprawki, stały się przestępstwem. Eugene V. Debs, lider polityczny, został skazany na dziesięć lat pozbawienia wolności za wygłoszenie przemówienia sprzeciwiającego się wojnie i poborowi. Wojna się skończyła, ale ustawa o szpiegostwie obowiązuje do dziś – ponad sto lat później.
II wojna światowa przyniosła jeszcze bardziej bezpośrednie uderzenie w prawa obywatelskie. Po ataku na Pearl Harbor rząd federalny wydał dekret nr 9066, na mocy którego ponad 120 tysięcy Amerykanów pochodzenia japońskiego – w większości obywateli USA – zostało przymusowo wysiedlonych z domów i umieszczonych w obozach internowania. Rodziny traciły farmy, firmy i majątki. Ludzi przetrzymywano bez zarzutów karnych i bez procesów. Sąd Najwyższy podtrzymał tę politykę w tamtym czasie, choć dziś jest ona powszechnie uznawana za jedną z najciemniejszych kart w historii amerykańskich wolności obywatelskich.
Era zimnej wojny wprowadziła nowy wariant – polowanie na przekonania. Komisja Izby Reprezentantów ds. Działań Nieamerykańskich wzywała obywateli do składania zeznań na temat ich poglądów politycznych i powiązań. Nauczyciele, aktorzy, pisarze i urzędnicy trafiali na czarne listy. Kariery niszczono nie za popełnione przestępstwa, lecz za wyznawanie – lub samo podejrzenie o wyznawanie – niewłaściwych przekonań. Wojna wietnamska rozszerzyła arsenał o tajny program FBI o nazwie COINTELPRO, monitorujący aktywistów, dziennikarzy i organizacje polityczne w całym kraju. To, co zaczynało się jako zbieranie informacji wywiadowczych, przerodziło się w powszechną inwigilację obywateli zaangażowanych w legalną działalność polityczną.
Kulminacją tego schematu stała się era po zamachach z 11 września 2001 roku. Kongres uchwalił ustawę Patriot Act, przyznając agencjom wywiadowczym bezprecedensowe uprawnienia do monitorowania komunikacji i gromadzenia danych. Powołano Departament Bezpieczeństwa Krajowego, powstała Administracja ds. Bezpieczeństwa Transportu. Podróże lotnicze zmieniły się niemal z dnia na dzień – skanery ciała, bazy danych, kontrole, które dwadzieścia lat później wciąż pozostają standardem. A gdy Edward Snowden ujawnił skalę zbierania metadanych telefonicznych i ruchu internetowego przez agencje wywiadowcze, okazało się, że rzeczywistość masowej inwigilacji przekroczyła najśmielsze wyobrażenia zwykłych obywateli.
Wolność nie znika naraz – eroduje kawałek po kawałku
Technologia się zmienia, ale mechanizm pozostaje identyczny. Kryzys narodowy otwiera drzwi do rozszerzenia władzy państwowej, obietnice tymczasowości zastępuje trwałość nowych instytucji i przepisów, a obywatele budzą się w rzeczywistości, w której granice między bezpieczeństwem a kontrolą dawno się zatarły. Jak ujmuje to autorka tekstu – amerykańska farmerka i matka – wolność rzadko znika cała naraz; eroduje powoli, uzasadniana strachem i obietnicą, że ograniczenia będą tylko tymczasowe.
CYNICZNYM OKIEM: Rząd obiecuje, że nadzwyczajne uprawnienia są tymczasowe. Tymczasowo – czyli na zawsze, ale z lepszym PR-em.
W kontekście trwającej wojny z Iranem te historyczne lekcje nabierają szczególnej aktualności. Narzędzia, które dziś istnieją – sztuczna inteligencja, systemy rozpoznawania, globalne sieci monitoringu cyfrowego – są nieporównywalnie potężniejsze niż cokolwiek, czym dysponowały poprzednie administracje. Autorka ostrzega wprost: „Narzędzia wywiadu wojskowego i sztuczna inteligencja zaprojektowana do rozpoznania pola walki nie mają miejsca w codziennym życiu obywateli.” To nie jest abstrakcyjna obawa – to wniosek wyciągnięty z ponad stu lat powtarzającego się schematu.
Decyzje o polityce zagranicznej są często daleko poza zasięgiem zwykłych obywateli. Mieszkańcy małych miasteczek i wiejskich hrabstw nie ustalają globalnej strategii. Ale mają głos w kwestii zachowania wolności wewnątrz własnego kraju – i to jest moment, w którym milczenie staje się przyzwoleniem. Niezależnie od tego, czy ktoś popiera tę wojnę, czy się jej sprzeciwia, obrona wolności słowa, prywatności i rzetelnego procesu sądowego powinna pozostawać poza podziałami partyjnymi. Spory o politykę nie mogą stawać się pretekstem do porzucenia zasad, które w ogóle pozwalają się nie zgadzać.
Amerykanie słyszeli obietnicę tymczasowości już wielokrotnie. Każde pokolenie wierzyło, że nadzwyczajne środki zostaną cofnięte po ustaniu kryzysu. Żadne z tych pokoleń nie miało racji. Pytanie brzmi, czy obecne będzie pierwszym, które rozpozna schemat i odmówi kolejnej erozji – czy też historia po raz kolejny zapisze ten sam rozdział, zmieniwszy jedynie datę i nazwę wroga.



