Na zachodnich korytarzach dyplomatycznych huczy od spekulacji. Czy administracja Donalda Trumpa naprawdę planuje rozluźnienie więzi w Unii Europejskiej, by stworzyć „nowy sojusz suwerennych państw” wiernych Ameryce? Oficjalnie – absolutnie nie. Nieoficjalnie – trudno zignorować przecieki, które brzmią jak scenariusz geopolitycznego seansu, pisanego z myślą o nowym układzie sił.
CYNICZNYM OKIEM: Trump zawsze lubił robić porządki tam, gdzie inni widzą wspólnotę. A jeśli jego plan na Europę to mniej Brukseli, a więcej Budapesztu – to chyba nie chodzi o integrację, tylko o przetasowanie kart.
Strategia jawna i strategia „w domyśle”
Oficjalnie opublikowana Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego (NSS) koncentruje się na hasłach stabilizacji i realistycznego partnerstwa. Waszyngton podkreśla potrzebę „zakończenia nieustannie rozszerzającego się NATO”, zachowania równowagi z Rosją i wzmocnienia zdolności Europy do „stawania na własnych nogach” w kwestiach obronnych.
Dokument ostrzega również przed „cywilizacyjnym zanikiem” Europy – spowodowanym migracją, cenzurą, spadkiem dzietności i „utratą tożsamości narodowej oraz pewności siebie”.
I wszystko byłoby klarowne, gdyby nie raport portalu Defense One, który ujawnił rzekomy nieopublikowany, „rozszerzony” wariant strategii. Według jego treści, Stany Zjednoczone miałyby celowo przestawiać Europę na nowe tory, skupiając się na kilku krajach ideologicznie bliższych Trumpowi – Austrii, Węgrzech, Włoszech i Polsce.
Dokument – którego istnieniu Biały Dom kategorycznie zaprzecza – miał zachęcać USA do współpracy z „ruchem suwerennościowym”, partiami i środowiskami, które chcą „przywrócić tradycyjny europejski sposób życia” i odzyskać niezależność od Brukseli, zachowując przy tym proamerykańskie nastawienie.
CYNICZNYM OKIEM: Bruksela mówi o „jedności europejskiej”, Waszyngton o „odnowie suwerenności”. Oba hasła brzmią dobrze, dopóki nie uświadomisz sobie, że znaczą dokładnie przeciwne rzeczy.
Biały Dom zaprzecza, ale ślady zostają
Po medialnej burzy Biały Dom zareagował natychmiast. Rzeczniczka Anna Kelly oświadczyła: „Nie istnieje żadna alternatywna, prywatna ani tajna wersja NSS.” Dodała, że wszelkie pogłoski to dzieło „osób z zewnątrz, które nie mają pojęcia, o czym mówią”.
Jednak samo istnienie takich przecieków pokazuje, że wśród amerykańskich elit zarysowuje się spór o kierunek związków z Europą. Czy USA mają nadal traktować Brukselę jako głównego partnera, czy raczej budować relacje z krajami, które podzielają konserwatywne, nacjonalne i religijne wartości?
W praktyce to pytanie o przywództwo cywilizacji zachodniej – czy będzie ono kolektywne, czy znów scentralizowane w Waszyngtonie.
Polska, Węgry, Włochy, Austria – nowa oś Ameryki?
Niektórzy widzą w ujawnionym dokumencie kontynuację geopolitycznego przesunięcia, które Trump zaczął jeszcze w pierwszej kadencji. Polska i Węgry, otwarcie konserwatywne, katolickie i eurosceptyczne, od dawna uchodzą w Waszyngtonie za potencjalnych „kotwic” nowej europejskiej doktryny.
Krzysztof Bosak, marszałek Sejmu RP i lider Konfederacji, w rozmowie z American Conservative przyznał:
„Nie mogę powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Może Europa potrzebuje szoku od naszego amerykańskiego przyjaciela, aby znów rozpocząć debatę. W Ameryce istnieją dwa poglądy. W Europie Zachodniej – tylko jeden. I jeśli powiesz coś niepoprawnego, trafiasz do więzienia.”
Włoska La Repubblica zinterpretowała sprawę jeszcze ostrzej: USA mają rzekomo „użyć Włoch, Austrii, Węgier i Polski do demontażu Unii Europejskiej”, wzmacniając ruchy nacjonalistyczne i konserwatywne. To odważna teza, lecz idealnie wpisuje się w klimat politycznej polaryzacji po obu stronach Atlantyku.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Matt Schlapp, szef amerykańskiej konferencji CPAC, zapowiedział organizację dużego wydarzenia we Włoszech. CPAC od kilku lat staje się nieformalną platformą kontaktów konserwatystów z USA i Europy – swoje edycje organizuje już w Budapeszcie, a tym samym promuje wizję „sojuszu suwerennych narodów”, sprzeczną z ideą federalnej Europy.
To nie dyplomacja w klasycznym sensie, lecz ideologiczny networking – amerykański soft power ubrany w język wspólnych wartości.
CYNICZNYM OKIEM: CPAC to nowa ambasada konserwatyzmu. Nie wysyła dyplomatów, tylko influencerów w marynarkach. Ale efekt bywa taki sam – wpływ lepszy niż nota dyplomatyczna.
Europa w stanie „cywilizacyjnego zaniku”
W oficjalnym raporcie NSS znalazło się też znamienne zdanie: „Europa stoi w obliczu cywilizacyjnego wymazania.” Winni? Według Amerykanów – nie tylko Rosja, lecz także sama Europa: jej rozrzedzona tożsamość, nadmierna biurokracja, demograficzny katastrofizm i kult cenzury.
Dokument chwali jednak ruchy patriotyczne i narodowe na kontynencie, twierdząc, że „ich rosnący wpływ daje powody do optymizmu.” To sygnał, że Waszyngton przestaje traktować je jako problem – zaczyna widzieć w nich narzędzie.
CYNICZNYM OKIEM: W Europie mówią, że Trump niszczy NATO. Tymczasem on tylko robi z niego klub, do którego wstęp mają wyłącznie ci, którzy wierzą w granice, Boga i tani gaz.
Przyszłość relacji transatlantyckich stoi dziś pod znakiem paradoksu. Oficjalnie USA zapewniają Europę o „strategicznej stabilności” i poparciu dla wolności. Nieoficjalnie, ton dyskusji sugeruje, że Ameryka chce mniej Brukseli, a więcej Berlina, Budapesztu i Warszawy.
I choć Biały Dom zaprzecza, że istnieje „tajna wersja” strategii, jedna rzecz nie ulega wątpliwości: Europa – rozbita, zdemoralizowana i podzielona – znów staje się polem gry o wpływy. Tym razem gra toczy się nie czołgami, lecz ideami.
A jeśli Trump wróci do władzy, Europa prawdopodobnie dowie się, że amerykańska pomoc nie musi oznaczać przytulenia – czasem to po prostu mocny uścisk dłoni, który trwa o chwilę za długo.


