W ciągu zaledwie kilku dni Stany Zjednoczone stały się areną czterech poważnych incydentów o podłożu islamistycznym, które łączy jeden wspólny mianownik – wszyscy sprawcy byli naturalizowanymi obywatelami USA lub dziećmi naturalizowanych imigrantów. To nie przypadkowa zbieżność, lecz wzorzec, którego ignorowanie kosztuje ludzkie życie.
W weekend, gdy prezydent Donald Trump uderzył w Iran, Ndiaga Diagne otworzył ogień w barze w Austin. Miał na sobie bluzę z napisem „Własność Allaha” nałożoną na koszulkę z flagą Iranu. Zabił trzy osoby i ranił ponad tuzin, zanim policja zastrzeliła go na miejscu. Diagne był obywatelem Senegalu – wjechał do USA w 2000 roku na wizie turystycznej i uzyskał obywatelstwo w 2013 roku. Trzynaście lat „amerykańskiego życia” zakończyło się masakrą.

Bomby w Nowym Jorku, strzelanina na uczelni, ciężarówka w synagogę
Siódmego marca w Nowym Jorku około 20 osób protestowało przeciwko islamowi przed Gracie Mansion – rezydencją burmistrza Zohrana Mamdaniego. Na kontrmanifestację przybyło około 125 osób. Wtedy 18-letni Emir Balat rzucił bombę, a nagrania sugerują, że krzyczał „Allahu Akbar”. Wideo pokazuje również, jak Balat odbiera drugi ładunek od Ibrahima Kayumiego. Jedynie dzięki bohaterstwu policjantów, którzy obezwładnili obu mężczyzn, oraz temu, że żaden z ładunków nie zdetonował, uniknięto tragedii.
Balat powiedział później policji słowa, które mrożą krew w żyłach: „To nie jest religia, która po prostu stoi, gdy ludzie mówią o błogosławionym imieniu proroka… My działamy!” Przysiągł też wierność Państwu Islamskiemu.
Kayumi zeznał z kolei, że był powiązany z ISIS, oglądał propagandę dżihadystów i to właśnie ISIS zainspirowało jego czyn. Rodzice Balata to naturalizowani obywatele z Turcji, rodzice Kayumiego – naturalizowani obywatele z Afganistanu.
CYNICZNYM OKIEM: Ameryka rozdaje obywatelstwa jak kupony rabatowe, a potem dziwi się, że ktoś przyszedł nie po wolność, lecz po zemstę. Proces naturalizacji to najwyraźniej formalność, nie weryfikacja.
W czwartek Mohamed Bailor Jalloh krzyknął „Allahu Akbar” i otworzył ogień podczas zajęć ROTC na Uniwersytecie Old Dominion. Zabił podpułkownika Brandona Shaha – emerytowanego oficera wojskowego prowadzącego zajęcia – i ranił dwie inne osoby. Jalloh został powstrzymany dopiero wtedy, gdy co najmniej jeden odważny student go zastrzelił. Sprawca był naturalizowanym obywatelem USA ze Sierra Leone i – co szokujące – był wcześniej skazany za wspieranie ISIS. Mimo to wciąż przebywał na wolności.
Tego samego dnia Ayman Ghazali wjechał ciężarówką wypełnioną materiałami wybuchowymi w żydowską synagogę w West Bloomfield w Michigan. W tamtejszym centrum wczesnej edukacji przebywało około 140 dzieci oraz personel. Ghazali opuścił pojazd z karabinem, doszło do wymiany ognia z uzbrojoną ochroną, która go zabiła. FBI uważa, że mężczyzna celowo zaatakował społeczność żydowską. Ghazali pochodził z Libanu, legalnie wjechał do USA w 2011 roku i uzyskał obywatelstwo w 2016 roku.
System imigracyjny, który produkuje zagrożenia
Z tej serii ataków płyną trzy wnioski, których nie sposób zignorować. Pierwszy dotyczy broni – sama broń nie jest problemem, problemem są źli ludzie, którzy ją posiadają, a ratunkiem okazują się ci dobrzy, którzy również są uzbrojeni. W każdym z opisanych przypadków to właśnie uzbrojeni obrońcy – policjanci, ochroniarze, studenci – ratowali sytuację.
Drugi wniosek jest bolesny dla amerykańskiego mitu o tyglu narodów. Nie wszystkie kultury okazują się kompatybilne z zachodnimi wartościami, a proces naturalizacji ewidentnie zawiódł, skoro „nowi Amerykanie” mordują swoich współobywateli. Republikanie w Kongresie postulują uchwalenie ustawy ułatwiającej denaturalizację i deportację osób wykazujących sympatie terrorystyczne.
Trzeci wniosek jest najtrudniejszy do wypowiedzenia w przestrzeni publicznej. Islamski terroryzm to problem systemowy – taki, o którym lewica konsekwentnie odmawia rozmowy. Ta sama lewica nie ma problemu z wykorzystywaniem pojedynczych incydentów jako dowodów na zagrożenie ze strony białej supremacji. Jednak gdy dochodzi do zamachu bombowego w Nowym Jorku, medialne „odwrócone dziennikarstwo” kreuje narrację, jakby to burmistrz Mamdani był zamierzonym celem – nie protestujący.
CYNICZNYM OKIEM: Strach przed byciem nazwanym rasistą okazuje się silniejszy niż strach przed bombą. Zachód woli chować głowę w piasek, byleby nikt nie napisał o nim nieprzychylnego tweeta.
Dobrowolna ślepota ma swoją cenę – i to konkretną. Wystarczy spojrzeć na Wielką Brytanię, gdzie urzędnicy przez lata tolerowali masowe wykorzystywanie dzieci, nie chcąc ryzykować oskarżeń o rasizm za ujawnienie, że sprawcami byli w dużej mierze pakistańscy muzułmanie. Cena milczenia okazała się niewyobrażalna.
Nieżyjący już komik Norm Macdonald w 2016 roku idealnie uchwycił ten paradoks w swoim poście na Twitterze: „Przeraża mnie myśl, że gdyby ISIS zdetonowało ładunek nuklearny i zabiło 50 milionów Amerykanów, wyobraźcie sobie tę falę nienawiści wobec pokojowo nastawionych muzułmanów.”
Islamofobia stała się bronią, którą wytacza się za każdym razem, gdy ktoś próbuje nazwać problem po imieniu i szukać rozwiązań. Tymczasem fakty są nieubłagane – cztery ataki w jednym tygodniu, czterech sprawców z obcych krajów, jedno wspólne hasło na ustach i jedno wspólne obywatelstwo w kieszeni. Ignorowanie tej rzeczywistości nie jest tolerancją. To zaproszenie do kolejnej tragedii.



