Ameryka głupieje, choruje i biednieje. 75 lat upadku imperium

103 mln poza siłą roboczą: prawdziwe bezrobocie USA ponad 20%

Jarosław Szeląg
5 min czytania

Stany Zjednoczone przez dekady budowały mit nieograniczonego sukcesu. Dziś, jak zauważa analityk Jim Quinn z serwisu The Burning Platform, ten mit rozsypuje się jak wyblakły dolar – kraj staje się coraz głupszy, coraz bardziej chory i coraz mniej produktywny.

Choć oficjalne dane twierdzą, że w USA pracuje 164 miliony osób, a stopa bezrobocia wynosi zaledwie 4,6%, to według Quinna prawdziwe bezrobocie przekracza 20%. Z 275 milionów Amerykanów w wieku produkcyjnym aż 103 miliony nie są w ogóle zaliczane do siły roboczej, co oznacza, że jedna trzecia kraju wypadła z ekonomicznego obiegu.

usa

CYNICZNYM OKIEM: Ameryka wygląda jak imperium XXI wieku – tylko że większość legionów siedzi w domu przed Netflixem.

Hiperedukowani idioci i chore społeczeństwo

W 1950 roku zaledwie 4,8% miejsc pracy przypadało na sektor edukacji i zdrowia. Dziś ta liczba wzrosła do 17,8%. To oznacza dziesiątki milionów nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek i – przede wszystkim – armii administratorów, księgowych i urzędników, którzy nie uczą ani nie leczą, tylko księgują wszystko, co się da.

Efekt? Kraj, który wydaje najwięcej na edukację i ochronę zdrowia na świecie, ale wychowuje pokolenia funkcjonalnych idiotów i ludzi uzależnionych od leków. Zamiast być „najzdrowszym narodem świata”, społeczeństwo USA tonie w otyłości, chorobach chronicznych i gigantycznych rachunkach za leczenie.

Jak powiedział kiedyś Dean Wormer w klasycznej komedii: „Fat, drunk, and stupid is no way to go through life, son.” („Otyłość, alkoholizm i głupota nie są sposobem na życie, synu”.)

Nic nie pokazuje upadku amerykańskiego ducha bardziej niż zapaść przemysłu. W 1950 roku produkcja stanowiła ponad 30% wszystkich miejsc pracy. Dziś – zaledwie 8%.

Kraj, który kiedyś budował samochody, silniki i rakiety, dziś buduje głównie długi. Zamiast wytwarzać dobra, Ameryka pożycza, konsumuje i wierzy, że Excel zastąpi fabrykę.

Politycy mogą ogłaszać triumfalny „powrót przemysłu”, ale nowe fabryki, które powstają, zatrudniają nie ludzi, tylko roboty. Zamiast huty, powstają hale serwerowe.

CYNICZNYM OKIEM: Ameryka wciąż robi rzeczy, tylko że teraz robi je wirtualnie – i na kredyt.

Rządowi pasożyci i cyfrowa klasa średnia

Choć odsetek urzędników państwowych pozostaje na podobnym poziomie co w połowie XX wieku, dziś jest ich aż 24 miliony. Quinn nazywa ich bez ogródek „pasożytami systemu” – grupą żyjącą z podatków klasy pracującej, która musi utrzymywać ich pensje i przywileje.

Nie lepiej wygląda los „białych kołnierzyków” z sektora usług profesjonalnych, który urósł z 6,6% w 1950 roku do 14,1% dziś. Paradoksalnie, ta grupa – przez lata symbol awansu społecznego – pierwsza traci pracę przez sztuczną inteligencję.

ChatGPT i generatywne narzędzia AI eliminują tysiące stanowisk, które jeszcze niedawno pogardliwie radziły robotnikom, by „nauczyli się kodować”. Teraz to oni sami muszą nauczyć się smażyć frytki – jeśli roboty w McDonald’s nie zrobią tego szybciej.

Praca, która niczego nie tworzy. Tonący statek sukcesu

Amerykańska gospodarka coraz bardziej przypomina gabinet iluzji. Liczby wyglądają dobrze tylko dlatego, że są podrasowane przez statystyków z Federalnego Biura Pracy (BLS). Realny rynek pracy pełen jest etatów, które niczego nie produkują, za to pożerają biliony dolarów długu.

Kiedyś Ameryka była przemysłowym silnikiem świata. Dziś to imperium prezentacji PowerPoint, raportów compliance i menedżerów od zarządzania menedżerami.

Jak pisze Quinn – „pożyczamy i konsumujemy, zamiast inwestować i budować”. W efekcie kraj, który niegdyś przodował w wynalazczości, dziś żyje z usług medycznych, reklam i subskrypcji streamingowych.

Przez ostatnie lata stabilne zatrudnienie i konsumpcja były jedynym powodem, dla którego – jak pisze Quinn – ten „statek szaleńców” jeszcze nie zatonął.

Ale nawet to się kończy. Bezrobocie, które oficjalnie wynosi 4,6%, faktycznie przekracza 20%. Dług publiczny przekracza możliwości spłaty, a gospodarka opiera się bardziej na statystycznej magii niż realnej produktywności.

Wyniki nie kłamią: Ameryka przestała być fabryką świata, a stała się sklepem na kredyt i szpitalem dla otyłych pacjentów z kartą Visa.

CYNICZNYM OKIEM: Złoty wiek imperium trwa dalej – tylko że teraz błyszczy wyłącznie od plastiku.

Jim Quinn nie zostawia złudzeń – Stany Zjednoczone żyją w epoce długu, iluzji i cyfrowej próżni. Tam, gdzie kiedyś budowano mosty i rakiety, dziś produkuje się statystyki i narracje.

To już nie imperium budowniczych, lecz imperium tabel, wykresów i leków przeciwdepresyjnych.

Ameryka nie upada z hukiem, tylko wygasza się powoli – w rytmie Netflixa, kredytów studenckich i pastylek na cholesterol.


Opisz, co się wydarzyło, dorzuć, co trzeba (dokumenty, screeny, memy – tutaj nie oceniamy), i wyślij na redakcja@cynicy.pl.
Nie obiecujemy, że wszystko rzuci nas na kolana, ale jeśli Twój mail wywoła u nas chociaż jeden cyniczny uśmiech, jest nieźle.

TAGI:
KOMENTARZE

KOMENTARZE

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *