Cena aluminium w Londynie spadła po doniesieniach Financial Times, że administracja Trumpa rozważa częściowe wycofanie ceł na stal i aluminium. Oficjalnie – by walczyć z kryzysem dostępności dóbr i obniżyć ceny dla Amerykanów przed listopadowymi wyborami do Kongresu. Nieoficjalnie – by zyskać kilka punktów procentowych popularności w społeczeństwie, które zaczyna liczyć, ile kosztuje każda puszka coli.
Zgodnie z przeciekami, Biały Dom analizuje obecne stawki sięgające nawet 50 procent i planuje zastosowanie „precyzyjnych zwolnień” dla wybranych produktów. Cła miałyby pozostać tylko tam, gdzie można jeszcze powołać się na „bezpieczeństwo narodowe” – czyli tam, gdzie politycznie nie wypada odpuścić. Reszta zostanie symbolicznie rozmontowana, przynajmniej do jesieni.
CYNICZNYM OKIEM: Gospodarka, jak się okazuje, to też teatr. Najważniejsze, by wyborcy zobaczyli, że rząd coś robi, nawet jeśli to tylko cofanie ruchów, które sam wcześniej wykonał.
Aluminium, stal i złudzenia taniości
W efekcie same plotki o możliwym luzowaniu wystarczyły, by rynek metali natychmiast zareagował. Aluminium potaniało o 1,3 procent, cynk o 1,4, a miedź o pół punktu procentowego. Londyńska giełda metali (LME) odnotowała największy wzrost zapasów od lipca, co sugeruje, że przemysł już zaczyna kalkulować nowe realia. Indeks Bloomberg Industrial Metals utworzył kolejny lokalny szczyt, ale wciąż tkwi głęboko poniżej poziomów z czasów pandemicznego boomu.

Departament Handlu i Biuro Przedstawiciela Handlowego USA z coraz większym niepokojem obserwują efekty własnych decyzji. Cła, które miały ochronić amerykański przemysł, w praktyce uderzyły w konsumentów – od producentów lodówek po wytwórców foremek do pieczenia. A teraz Biały Dom musi zareagować, bo inflacja w spożywce przestała być tylko problemem ekonomicznym, a stała się tematem kampanii wyborczej.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy polityka gospodarcza sprowadza się do doraźnego gaszenia pożarów, to nie ma znaczenia, kto trzyma wąż – liczy się, żeby kamery zdążyły uchwycić moment, gdy z kranu leje się woda.
Kolejny „zwrot” Trumpa nie jest więc żadnym przełomem, a jedynie częścią rytuału amerykańskiej polityki gospodarczej – naprzemiennego dokręcania śruby i luzowania w zależności od słupków poparcia.
Rynek już to widzi: nikt nie wierzy w stabilność amerykańskiej polityki handlowej, bo ta zmienia kurs szybciej niż notowania surowców. Dziś tańsze aluminium, jutro droższe piekarniki – i tak w kółko, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto uzna, że cło to też forma kampanijnego plakatu.


