Administracja Donalda Trumpa oficjalnie cofa hamulec nałożony przez rząd Bidena: Stany Zjednoczone wracają do eksploatacji zasobów ropy i gazu na Alasce. Po czterech latach ekologicznych ograniczeń, biurokratycznych sporów i retoryki o zrównoważonym rozwoju, wiertła mają ponownie zagłębić się w wieczną zmarzlinę – tym razem w imię bezpieczeństwa energetycznego.
13 listopada sekretarz spraw wewnętrznych Doug Burgum ogłosił, że nowe przepisy umożliwiające wiercenia w National Petroleum Reserve wejdą w życie 17 listopada. To obszar o powierzchni 23 milionów akrów – mniej więcej tyle, co 1/3 Polski.
CYNICZNYM OKIEM: Ochrona klimatu trwa do momentu, kiedy kończy się ropa. Potem wracają hasła o „zdroworozsądkowym zarządzaniu”.
Zderzenie dwóch Ameryk
Dla obecnego rządu decyzja to symboliczny powrót do epoki „Drill, baby, drill” – idei, że amerykańska potęga zaczyna się pod ziemią.
Burgum tłumaczy to prosto: „Cofając przepisy z 2024 roku, odblokowujemy potencjał energetyczny Alaski, tworzymy miejsca pracy i wzmacniamy bezpieczeństwo kraju.”
Z kolei środowisko ekologów widzi w tym powrót do paliwowego nihilizmu. Natural Resources Defense Council określiło decyzję mianem „rozdawnictwa dla przemysłu naftowego i gazowego” i ostrzegło, że działania Trumpa mogą doprowadzić do zniszczenia unikalnych krajobrazów, które Kongres miał obowiązek chronić.
Ale z północy dochodzą inne głosy. Voice of the Arctic Inupiat, organizacja reprezentująca rdzennych mieszkańców North Slope, poparła decyzję, tłumacząc, że dochody z eksploatacji ropy zasilają lokalne szkoły, szpitale i usługi publiczne.
Ich burmistrz, Josiah Patkotak, powiedział:
„Dobra polityka zaczyna się od wsłuchania się w ludzi, którzy tu żyją, pracują i polują.”
Cynik powiedziałby: wszystko zależy od tego, kto akurat otrzymuje udział w podatkach.
Odmrażanie wiecznej zmarzliny. Rezerwa, która żyje własnym życiem
Administracja Trumpa argumentuje, że chodzi nie tylko o pieniądze, ale o suwerenność energetyczną. Zależność od importu – głównie z Bliskiego Wschodu – jest dla niej symbolem słabości. Dlatego każdy odwiert w arktycznym rezerwuarze to krok w stronę „Make America Energy Dominant Again”.
Decyzja nie jest zaskoczeniem. Już miesiąc wcześniej Trump (za pośrednictwem Departamentu Spraw Wewnętrznych) otworzył ponownie naftowe leasingi w Arctic National Wildlife Refuge, a także wznowił projekt Ambler Road, dzięki któremu wydobycie miedzi i kobaltu ma znów stać się opłacalne. To wyraźny sygnał: ekologia schodzi na dalszy plan, kiedy w grę wchodzą surowce strategiczne.
CYNICZNYM OKIEM: W USA nawet „zielona energia” ma kolor czarnego złota, jeśli tylko przed nazwą postawi się słowo „bezpieczeństwo”.
Założona w 1923 roku National Petroleum Reserve była ostatnią dużą rezerwą ropy na terenach federalnych.
Administracja Bidena ograniczyła wiercenia na ponad 13 milionach akrów, powołując się na konieczność ochrony siedlisk dzikich zwierząt i walkę z emisją metanu. Trump uznał to za „ideologiczną cenzurę” gospodarki.
Teraz to on definiuje „zrównoważony rozwój” jako równowagę między interesem biznesu a… szybkim zyskiem.
Nowe przepisy opublikowane w Federalnym Rejestrze mają otworzyć drogę dla dziesiątek projektów wydobywczych, które w ciągu kilku lat mogą przyciągnąć miliardy dolarów inwestycji.
Ale jest też druga strona tej monety – a dokładniej baryłki. Każda nowa infrastruktura wydobywcza to setki kilometrów rurociągów i tysiące ton betonu w delikatnym ekosystemie Arktyki.
Alaska – laboratorium amerykańskiego paradoksu
W tej decyzji widać cały dramat amerykańskiej polityki.
Z jednej strony Trump chce przywrócić potęgę paliwową kraju, z drugiej – powołuje się na wolę lokalnych społeczności, które rzeczywiście czerpią profity z wydobycia.
Z jednej strony Biden stawiał na zieloną rewolucję, z drugiej – nadal zatwierdzał kontrakty dla przemysłu energetycznego pod naciskiem rynku.
Prawda jest prosta: Ameryka potrzebuje ropy tak samo, jak politycy potrzebują wyborców. A nikt nie lubi głosować przy pustym baku.
To, co dzieje się na Alasce, to nie tylko administracyjna zmiana kursu – to symboliczny koniec złudzeń o „zielonej transformacji” w stylu USA. W praktyce Waszyngton wraca do swojej starej religii: wydobyć więcej, taniej, szybciej.
Trump może mówić o „odpowiedzialnym rozwoju”, ale w amerykańskim słowniku to po prostu eufemizm dla „patriotycznego spalania węgla i ropy”.
Dla Inupiatów i społeczności North Slope decyzja to życie i praca.
Dla ekologów – krok wstecz w epoce katastrof klimatycznych.
Dla rządu – manifest siły gospodarczej.
A dla reszty świata – kolejny znak, że epoka kompromisu między klimatem, a kapitałem właśnie się skończyła.
Alaska, jak zawsze, jest tu tylko tłem. Bo prawdziwa bitwa toczy się nie o tundrę, lecz o amerykańskie marzenie, które znów pachnie ropą.


