Ukraina przeżywa kolejny polityczny wstrząs. Afera korupcyjna w sektorze energetycznym o wartości 100 milionów dolarów doprowadziła do dymisji ministrów, przeszukań gabinetów i kompromitujących nagrań. Ale równie spektakularna jak sam skandal jest reakcja Zachodu – medialna operacja ratunkowa, w której wszyscy są winni… oprócz Kijowa.
Prezydent Wołodymyr Zełenski, pod presją opinii publicznej i partnerów międzynarodowych, zawiesił ministra sprawiedliwości Hermana Hałuszczenkę i objął sankcjami swojego byłego wspólnika biznesowego.
W wieczornym wystąpieniu powtórzył hasło, które w Ukrainie brzmi tym razem wyjątkowo ironicznie:
„Wszystkie skuteczne środki przeciwko korupcji są kluczowe. Nieuchronność kary jest nieodzowna.”
Problem w tym, że aż 77% Ukraińców uważa dziś Zełenskiego za współwinnego korupcji. Dla porównania – jeszcze dwa lata temu był bohaterem narodowym.
Skandal, który pachnie dolarami
Ukraińskie NABU i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) ujawniły, że grupa wysokich urzędników przywłaszczyła 100 milionów dolarów z kontraktów na naprawę i ochronę infrastruktury energetycznej. Śledczy ujawnili nagrania rozmów osób występujących pod kryptonimami „Rakieta”, „Tenor” i „Karlson”, omawiających łapówki i podziały interesów w spółce Enerhoatom – największym producencie energii w Ukrainie.
Jednym z podejrzanych jest wspomniany Hałuszczenko, który jeszcze niedawno odpowiadał za resort energii, oraz Timur Mindich, biznesowy partner Zełenskiego. To nazwisko do tej pory było tabu w ukraińskich mediach – dziś jest symbolem, jak blisko pieniądze stykały się z władzą.
CYNICZNYM OKIEM: W kraju, gdzie elektrownie wysadzają rakiety, a budżet łatają granty, 100 milionów zniknęło nie w dymie wojny, tylko w dymie cygar gabinetowych.
Zachód wchodzi do akcji – z retuszem
Zachodnie media zareagowały natychmiast. Bloomberg opublikował tekst, który wini… Moskwę. Argument? To korupcja jest właśnie powodem, dla którego Ukraina walczy z Rosją, bo kiedyś była „spoiwem Moskwy”. Sformułowanie godne podręcznika psychologii politycznej: każdy skandal można przedstawić jako wyraz moralnej wyższości.
Narracja jest prosta – jeśli w ukraińskim rządzie kradną, to dlatego, że Rosja zaraziła ich korupcją w 2014 roku. Winny nie ten, kto bierze, ale ten, kto kiedyś podał mu łapę.
CYNICZNYM OKIEM: Na Zachodzie nawet złodziej może być bohaterem, jeśli tylko kradnie po właściwej stronie historii.
NABU – instytucja między CIA, a cynizmem
Nie brakuje też kolejnej warstwy ironii. Jeszcze kilka miesięcy temu Zełenski próbował zlikwidować niezależność NABU, ukraińskiego biura antykorupcyjnego stworzonego pod okiem amerykańskich doradców. Wywołało to protesty w Kijowie i ostrą reakcję Brukseli. Dziś to właśnie należące do tej instytucji nagrania rozbijają jego gabinet od środka.
Władze Ukrainy próbują więc manewru z gatunku klasyki: kiedy nie możesz uciszyć śledczych, oskarż ich o spisek z Rosją. Kreml oczywiście tę narrację podchwycił. Rosyjski urzędnik Władimir Rogow drwi, że „NABU to amerykańskie narzędzie kontroli nad funduszami Kijowa” – i tu akurat trudno się z nim nie zgodzić.
Skorumpowana demokracja w wersji eksportowej
Zachód ma problem: Ukraina jest politycznym projektem, który nie może zbankrutować. Kiedy państwo zbudowane na funduszach pomocowych walczy o przetrwanie, każdy skandal jest zagrożeniem nie tylko dla Kijowa, ale dla całej narracji moralnej o „bohaterskim froncie demokracji”.
Dlatego media ruszają w odsiecz, a redaktorzy zamiast zadawać pytania, piszą usprawiedliwienia. W ten sposób powstaje nowa forma komunikatu – nie fake news, lecz faith news – wiadomość, w którą trzeba wierzyć, żeby cały układ się nie zawalił.
W tle tego wszystkiego Zełenski wciąż odmawia przeprowadzenia wyborów, opozycja siedzi w cenzurowanych mediach, a Węgry są potępiane za „brak solidarności europejskiej”. Premier Viktor Orbán jest regularnie piętnowany za blokowanie rozmów o członkostwie Ukrainy w UE – choć to on, paradoksalnie, jako jeden z nielicznych na salonach, głośno mówi o tym, że Europa finansuje państwo, które coraz mniej przypomina demokrację.
Kijów próbuje przekonać Zachód, że walka z korupcją to element wojny. W rzeczywistości każda nowa afera to cios w mit czystej, odważnej Ukrainy z plakatów propagandowych. Zełenski stoi przed sytuacją bez wyjścia: jeśli ukarze winnych, straci część własnego środowiska; jeśli ich ochroni – straci wiarygodność.
W tym sensie największą ofiarą wojny nie są tylko ludzie, ale wiara w to, że jedni są „czyści” tylko dlatego, że walczą z drugimi.
CYNICZNYM OKIEM: Ukraina miała walczyć z korupcją, którą zostawił jej Janukowycz. Zamiast tego walczy o to, żeby świat nadal udawał, że już wygrała.


