Wyobraźmy sobie sytuację: płacimy co miesiąc spory abonament medyczny, ufając, że to nasz prywatny paszport do szybkiej i sprawnej opieki. Tymczasem, gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że „wolne terminy” są – ale tylko dla tych, którzy albo dodatkowo zapłacą, albo znajdą się poza systemem abonamentowym. Taką smutną prawdę ujawnił niedawno Bartłomiej Jojczyk, prezes Fundacji Dobrych Inicjatyw, w serii głośnych postów na LinkedIn, które wywołały lawinę komentarzy i falę niezadowolenia. Przykład z życia: próba umówienia wizyty u konkretnego lekarza przez aplikację pokazuje „brak terminów”, podczas gdy strona dla pacjentów prywatnych oferuje ich mnóstwo, w cenie 350 zł za wizytę.
CYNICZNYM OKIEM: Płacisz abonament, ale gdy potrzebujesz realnej pomocy, masz być tłem dla bogatszych klientów, którzy wyciągną portfele na wizyty „na miejscu”. To jak kupić bilet do kina i dostawać się na seans tylko pod warunkiem dopłaty za lepsze miejsce.
„Nie mamy pańskiego płaszcza” – tak działa infolinia i zarządzanie terminami
Gdy Jojczyk próbował rozwiązać problem u źródła, konsultantka po krótkiej rozmowie z przełożonym oznajmiła, że nie ma możliwości umówienia go na termin widoczny dla pacjentów prywatnych.
Zaproponowano mu jedynie zapis na listę powiadomień, bez żadnej gwarancji, lub wysłanie reklamacji mailowej – co wygasza inicjatywę pacjenta w zawieszeniu.
Prezes Fundacji Dobrych Inicjatyw pyta otwarcie, czy ograniczanie dostępu do tych samych terminów abonentom nie jest naruszeniem prawa. Czy jeśli abonamentowa opieka nie daje realnego dostępu, to czy Medicover przewiduje rekompensaty lub możliwość leczenia u innego dostawcy?
Mimo upływu doby od zgłoszenia, odpowiedzi brak – a wieczne odsyłanie do RODO zamiast konkretnych reakcji tylko potęguje frustrację.
CYNICZNYM OKIEM: Gdy biznes medyczny chowa się za formalnościami, a pacjent jest – jak to często bywa – po prostu numerem, cierpi system ochrony zdrowia i zdrowy rozsądek.
Ogromne zainteresowanie i komentarze: problem obejmuje nie tylko Medicover
Posty Jojczyka zebrały tysiące reakcji, a komentarze potwierdziły, że problem jest systemowy i dotyczy także innych sieci, np. Lux Med.
Jedna z klientek opisała, że „abonamentowi klienci zawsze będą mniej atrakcyjni niż ci, którzy płacą 400 zł za wizytę od ręki”. Zawsze jest jakaś pulka terminów „do rozdania”, która prędzej czy później się kończy — a wtedy pozostają głównie tylko drogie wizyty prywatne.
CYNICZNYM OKIEM: To klasyka „dwóch prędkości” opieki zdrowotnej dziś – abonamentowy klient walczy o minuty i wizyty, a gotówka staje się kartą przepustką do szybkiej pomocy.
Czy UOKiK powinien zainteresować się procederem?
Zagadnienie wzbudza pytania o zgodność takich praktyk z prawem konsumenckim i konkurencji. Czy system, który sprzedaje abonamenty na szybki dostęp, ale oferuje go tylko za dopłatą, nie wprowadza pacjentów w błąd?
Eksperci i organizacje społeczne apelują o zainteresowanie sprawą przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który mógłby rozstrzygnąć, czy abonament medyczny nie jest jedynie „piękną fasadą” dla ukrytych kosztów i ograniczeń.
CYNICZNYM OKIEM: Jeśli instytucje zamiast chronić pacjentów, będą łapać się na marketingowe sztuczki korporacji, to już niedługo dostęp do służby zdrowia stanie się towarem luksusowym dostępny wyłącznie dla garstki najbogatszych.
Historia Bartłomieja Jojczyka to smutny przykład wyzysku zaufania pacjentów przez sektor prywatnej służby zdrowia. Abonament, który miał zapewnić spokój i komfort, okazuje się produktem, który zmusza do dodatkowych wydatków i frustracji.
Bo w świecie gdzie zdrowie staje się towarem, a marketing sprytnie pakuje ograniczenia w obietnice, to nie pacjent decyduje o jakości, lecz jego portfel.


