Gospodarka transformuje się dziś w tempie szybszym, niż kiedykolwiek wcześniej doświadczyła tego ludzkość, a powodem są gigantyczne skoki w dziedzinie sztucznej inteligencji. Praca ludzka nie jest już tak cenna, jak była dawniej, a na całym świecie zastępuje się miliony pracowników, przy czym trend ten ma dopiero przyspieszać. Dla osób, które przeszły już na emeryturę lub stoją na jej progu, problem jest umiarkowany. Dla młodszych pracowników to perspektywa absolutnie przerażająca, bo w dzisiejszej korporacyjnej Ameryce lojalność praktycznie nie istnieje.
Mechanizm jest brutalnie prosty: w momencie, gdy sztuczna inteligencja wykona daną pracę wydajniej niż człowiek, ten człowiek może wylądować za drzwiami. Dobrze płatne miejsca pracy wyparowują, a przepaść między zamożnymi a resztą społeczeństwa drastycznie rośnie. Dzieje się to już w największych firmach w kraju, a skala zjawiska została właśnie potwierdzona danymi, które szokują nawet osoby od dawna obserwujące rynek pracy.
Dlaczego 99 procent kadry zarządzającej szykuje zwolnienia?
Nowe badanie firmy doradczej Mercer pokazuje, że praktycznie każdy pracodawca planuje redukcję etatów z powodu nowej technologii. W raporcie Global Talent Trends 2026 przepytano 825 liderów z najwyższego szczebla zarządzania oraz 1650 liderów działów kadr. Oszałamiające 99 procent ankietowanych dyrektorów wyższego szczebla spodziewa się, że sztuczna inteligencja doprowadzi do redukcji zatrudnienia w ciągu najbliższych dwóch lat.
Niemal tyle samo, bo 98 procent badanych, zadeklarowało, że w tym samym okresie planuje również zmiany w strukturze organizacyjnej. Co ciekawe, zaledwie 32 procent dyrektorów generalnych wierzy, że zespół potrafi optymalnie łączyć możliwości człowieka i maszyny. Jednocześnie niecałe dwie trzecie z nich uważa, że przeprojektowanie pracy pod kątem automatyzacji przyniesie największy zwrot z inwestycji.
CYNICZNYM OKIEM: Prawie wszyscy szefowie chcą zwalniać przez sztuczną inteligencję, a tylko jedna trzecia wierzy, że człowiek i maszyna potrafią współpracować. Zwolnienia są więc pewne, a sens biznesowy – opcjonalny.
Wniosek dla pracowników jest niewygodny. Jeśli czyjaś praca nie wymaga zbyt wiele myślenia ani kreatywności, jego stanowisko jest potencjalnie zagrożone. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się w koncernie Meta, gdzie 1400 wysoko opłacanych pracowników w stanie Waszyngton lada moment otrzyma odprawę. Przebudowa firmy pod kątem sztucznej inteligencji uderza w jeden z największych korytarzy technologicznych w kraju.
Jak wygląda wielka czystka pracowników umysłowych?
Z wniosków przedłożonych urzędnikom stanu Waszyngton wynika, że Meta rozpocznie zwalnianie pracowników w Seattle, Bellevue, Redmond oraz na stanowiskach zdalnych od 22 lipca. To element restrukturyzacji operacji wokół inicjatyw związanych ze sztuczną inteligencją. W zeszłym tygodniu firma ogłosiła plany likwidacji około 10 procent swoich etatów, przesuwając jednocześnie tysiące pracowników na role skoncentrowane na nowej technologii.
Skutki nie ograniczą się jednak do jednego stanu. Ogółem w tej najnowszej rundzie Meta zwalnia około 8000 pracowników na całym świecie, jak donosi Bloomberg. W centrum cięć mają znaleźć się zespoły do spraw inżynierii i produktu, jako że dyrektor generalny Mark Zuckerberg redukuje siłę roboczą na rzecz procesorów graficznych. Autor materiału nazywa wprost tę erę wielką czystką pracowników umysłowych, której towarzyszy masowe pozbywanie się inżynierów obciążonych ogromnymi długami studenckimi.
W takim środowisku przestaje mieć znaczenie, jak ciężko ktoś pracuje ani ile poświęcił dla firmy. Jeśli osoby na samej górze uznają, że zarobią więcej, wyciskając danego człowieka z firmy, ten zostanie zwolniony. Przykładem jest gigant płatniczy PayPal, który rzekomo rozważa redukcję nawet o jedną piątą zatrudnienia pod nowym kierownictwem. Potencjalne zwolnienia następują w momencie, gdy spółka zmaga się z presją na rentowność, mimo stałego wzrostu przychodów.
Kluczowe pytanie brzmi, kto wykona krok naprzód, by zastąpić te tracone, sześciocyfrowe posady. Prawda jest taka, że większość dobrych, znikających miejsc pracy nigdy nie zostanie zastąpiona, co jeszcze bardziej pogłębi przepaść między bogatymi a ubogimi. Społeczeństwo żyje dziś w gospodarce w kształcie litery K, gdzie jedno ramię wędruje w górę, a drugie – w dół.
Co liczby mówią o przepaści między bogatymi a ubogimi?
Nawet Rezerwa Federalna przyznaje, że taki układ doprowadził do niepokojącego wzrostu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Według wpisu na blogu nowojorskiego Banku Rezerwy Federalnej, opartego na danych z badania oczekiwań konsumenckich, duże odsetki populacji borykają się z wysokim poziomem napięć finansowych. Najmocniej uderzone zostały gospodarstwa domowe o niskich i średnich dochodach.
To właśnie te rodziny ucierpiały najbardziej z powodu długotrwałej inflacji. Większą część ich wydatków pochłaniają dobra, których ceny gwałtownie wzrosły od czasu pandemii – mieszkania, żywność oraz opłaty eksploatacyjne. Dziesiątki milionów Amerykanów regularnie opuszczają posiłki, ponieważ po prostu brakuje im pieniędzy na zakupy spożywcze, co zmusza ich do ograniczania koszyka.
Szczególnie wymowny jest podział majątku między pokoleniami. Osoby powyżej 45. roku życia radzą sobie całkiem dobrze, natomiast ci w wieku 45 lat lub młodsi kontrolują zaledwie 11 procent majątku narodu. Innymi słowy, dziewięć dziesiątych aktywów Ameryki należy do jej starszej połowy, choć osoby w wieku 45 lat i starsze stanowią około 42 procent populacji oraz 54 procent dorosłych.
CYNICZNYM OKIEM: Młodym wmawiano, że studia i ciężka praca to przepustka do dobrobytu. Dziś trzymają w rękach jedenaście procent majątku i fakturę za kredyt studencki. Umowa okazała się jednostronna.
Istnieje konkretny powód, dla którego Amerykanie nigdy nie oceniali własnej gospodarki tak źle, jak czynią to obecnie. Masowe zwolnienia przeprowadzane są w całym kraju, a koszty praktycznie wszystkiego nieustannie rosną. W związku z kryzysem na Bliskim Wschodzie średnia cena galonu benzyny w Stanach Zjednoczonych osiągnęła 4,46 dolara, co oznacza wzrost o około 40 procent w stosunku do ubiegłego roku według danych AAA.
Te liczby przekładają się na dramaty pojedynczych ludzi. Kris Massey, 57-letnia dyplomowana pielęgniarka, stała niedawno przy ladzie jubilerskiej, próbując sprzedać drobiazgi podarowane jej przez babcię, by opłacić rachunki. Mimo sześciocyfrowych rocznych zarobków lata rosnących cen oraz trwający miesiącami okres bezrobocia wyczyściły jej oszczędności emerytalne. „Po prostu próbuję przetrwać” – powiedziała stacji CNN, opisując rzeczywistość, w której wyprzedaje się cenne pamiątki, by dotrwać do kolejnego miesiąca.
Podobnie wygląda sytuacja 51-letniego Billa Brantnera, dla którego wszelkie dodatkowe wydatki odeszły już w przeszłość. Nie ma kina, restauracji, jeżdżenia po mieście ani nowych ubrań, jego kawa to ta dostępna w pokoju socjalnym, a zderzak samochodu jest przymocowany taśmą. „Wycisnęli już każdą kroplę krwi, jaką dało się wycisnąć z tego kamienia” – powiedział, dodając, że jeśli czynsz wzrośnie piąty rok z rzędu, być może będzie musiał zamieszkać w samochodzie poza granicami Colorado Springs, gdzie spanie w pojeździe nie jest nielegalne.
Diagnoza autora materiału jest jednoznaczna: gospodarka Stanów Zjednoczonych znajduje się w stanie regresu od dziesięcioleci, a przywódcy długo próbowali to ukrywać. Klasa średnia jest systematycznie likwidowana, a szeregi ubogich szybko rosną. Osoby na szczycie piramidy ekonomicznej wciąż prosperują, podczas gdy niemal cała reszta mocno się zmaga, a zdaniem autora nadchodzi właśnie czas rozliczenia z polityką prowadzoną od pierwszych dni administracji Obamy.



