Szeroko rozpowszechniony nowy raport agencji Reuters wzbudził zdziwienie i poważne pytania dotyczące skuteczności 38-dniowej kampanii powietrznej, podczas której tysiące amerykańsko-izraelskich bomb spadło na Republikę Islamską. Łącznie zużyto ponad 20 000 sztuk amunicji, a mimo to oceny amerykańskiego wywiadu wskazują, że czas, którego Iran potrzebowałby na zbudowanie broni jądrowej, nie zmienił się od zeszłego lata, kiedy analitycy szacowali, że atak USA i Izraela przesunął ten termin o maksymalnie rok – jak przekazały trzy źródła zaznajomione ze sprawą. Raport stwierdza wprost, że oceny programu nuklearnego Teheranu pozostają zasadniczo niezmienione nawet po dwóch miesiącach wojny, którą prezydent Donald Trump rozpoczął częściowo po to, by powstrzymać Republikę Islamską przed opracowaniem bomby atomowej.

Co właściwie osiągnęły bombardowania?
Uważa się, że Izraelczycy dokonali większości bezpośrednich ataków na irańskie obiekty nuklearne podczas kampanii powietrznej trwającej od końca lutego do kwietnia. Stało się to po tym, jak Biały Dom już od zeszłego czerwca upierał się, że irański program nuklearny został „unicestwiony”, co dziś, w świetle ocen wywiadu, brzmi jak jedna z najbardziej przedwczesnych deklaracji sukcesu w najnowszej historii amerykańskich operacji wojskowych.
Ponownie pojawia się pytanie, co tak naprawdę osiągnęło blisko 40 dni bombardowań miast i obiektów wojskowych Iranu na rekordową skalę w kwestii degradacji irańskich zdolności wzbogacania materiałów jądrowych. Cel ten stał się głównym priorytetem USA, a stojące w miejscu negocjacje koncentrowały się na żądaniu, by Teheran oddał swój materiał jądrowy, co od czerwca ubiegłego roku praktycznie nie drgnęło.
Raport Reutersa wskazuje również wniosek o znacznie poważniejszych konsekwencjach strategicznych. „Niezmieniony harmonogram sugeruje, że znaczące powstrzymanie programu nuklearnego Teheranu może wymagać zniszczenia lub usunięcia pozostałych zapasów wysoko wzbogaconego uranu (HEU)” – czytamy w opracowaniu agencji. Sprowadza to sytuację do dylematu wymagającego operacji lądowej w celu przejęcia tego, co Trump określa mianem „nuklearnego pyłu”, co dodatkowo zwiększa perspektywę całkowitej katastrofy i niekończącego się ugrzęźnięcia, choć oznaki impasu są widoczne już teraz, nawet bez sił lądowych.
CYNICZNYM OKIEM: Dwadzieścia tysięcy bomb, dwie odrębne operacje, dwie nowe nazwy kodowe – a kalendarz irańskiego programu nuklearnego nie drgnął ani o miesiąc. Najbardziej zniszczalna w tej wojnie okazała się wiarygodność rzeczników Białego Domu.
Kryptonim się zmienił, problem został
Zmieniając kryptonim z „Epic Fury” na „Project Freedom”, amerykańska administracja zdaje się szukać wyjścia z sytuacji bez przewlekłej wojny lądowej, która oznaczałaby poważne straty w ludziach i środkach. Oficjalna narracja Białego Domu konsekwentnie utrzymuje jednak, że dotychczasowe operacje przyniosły strategiczny sukces, czego dowodzi najnowsze stanowisko rzeczniczki Olivii Wales.
„Podczas gdy operacja Midnight Hammer unicestwiła irańskie obiekty nuklearne, operacja Epic Fury pogłębiła ten sukces poprzez zdziesiątkowanie irańskiej bazy przemysłu obronnego, którą niegdyś wykorzystywali jako tarczę ochronną wokół swoich dążeń do posiadania broni jądrowej” – powiedziała rzeczniczka, odnosząc się do czerwcowej operacji oraz najnowszej wojny rozpoczętej w lutym. Dodała również, że „prezydent Trump od dawna jasno dawał do zrozumienia, że Iran nigdy nie może posiadać broni jądrowej – i on nie rzuca słów na wiatr”, co tworzy wyraźny rozdźwięk z ustaleniami amerykańskich agencji wywiadowczych.
Iran odpowiedział twardo, deklarując, że uważa swoje zapasy wzbogaconego uranu za kwestię suwerenności narodowej. Teheran zapowiedział, że „nigdy” nie pozwoli na ich wywiezienie z kraju, co praktycznie zamyka dyplomatyczną drogę wyjścia preferowaną przez Waszyngton i otwiera przestrzeń spekulacji o kolejnej rundzie amerykańsko-izraelskich bombardowań.
Stanowisko irańskiej dyplomacji w tej sprawie zostało wyłożone z niespotykaną dotąd kategorycznością. Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Esmail Baghaei, dwa tygodnie temu zaprzeczył doniesieniom, jakoby Teheran zgodził się na przekazanie wysoko wzbogaconego uranu za granicę, mówiąc, że „wzbogacony uran jest dla nas świętością, podobnie jak irańska ziemia”. Od tego czasu Irańczycy wielokrotnie dawali do zrozumienia, że kwestia ta nie podlega negocjacjom, i chcą skupić się na rozmowach dotyczących odblokowania cieśniny Ormuz oraz zakończenia wojny, co stawia obie strony w pozycji, w której każda kolejna eskalacja wojskowa wydaje się jedynie powtarzaniem wzorca już sprawdzonego jako mało skuteczny.



